Wreszcie przyszło kończyć robotę w Królestwie Dwóch Meczetów i wydawało się, że będzie można wrócić nad Morze Japońskie, zwane również Wschodnim. Jednakowoż nadzieja okazała się płonną i w miejsce tego los przez cały świat przygnał na powrót na Półwysep Arabski nad Zatokę Perską, zwaną też Arabską. ,,Służba nie drużba” mówią, choć żal. Było rzucić robotę w diabły, kiedy była sposobność i żyć jak uczciwy emeryt, miast znowu się mordować na rzecz islamistów. Jednakowoż, teraz słowo dane, a słowo rzecz droższa od pieniędzy, nie wypada go łamać.
W sumie, to żal, bo czeka na wydanie wpis o wycieczce do Dżazanu, przy czym są tam treści i odjimki, które żadną miarą nie mogą ukazać się w świecie arabskim, więc poczeka jeszcze dłużej.
Jeśli zaś mowa o Dubaju, to nie jest tak, że to jest pierwszy wyjazd w te strony, ale czy jednodniowe wycieczki można uznać za możliwość poznania prawdziwego oblicza tego miasta-państwa? Tym bardziej, że stara się ono je ukrywać za parawanem sztucznego blichtru, któren bije po mordzie już od pierwszych chwil po wyjściu z lotniska, statku bądź PKSu.

Dworzec lotniczy, co prawda, lepsze czasy ma już za sobą, co jest szczególnie widoczne w części obsługującej inne niż krajowe przedsiębiorstwa lotnicze. Z drugiej strony po wyjściu zaskakują żywe, świeże barwy przystanków autobusowych, kolejki miejskiej, czy wreszcie postoju dla taryf.

Właśnie, kolejki. Tu wtrącenie, bo Dubaj, właściwie Emiraty Arabskie, podobnie jak trójmiasto mają układ południkowy wzdłuż zatoki. I podobnie jak Trójmiasto – Dubaj spina Szybka Kolej Miejska, zwana tutaj metrem. Podobnie jak w Trójmieście biegnie ona wzdłuż zatoki i głównej ulicy, w Trójmieście zwanej Grunwaldzką/Niepodległośći/Zwycięstwa (dalej Morską), natomiast w Dubaju ulicą Szejka Zayeda, bo tutejsi władcy nie mają oporów, żeby nazywać główne arterie swoimi imionami. Jest też odnoga na ,,górny taras”, która bywa zwana PKM-ką, zaś tutaj – zieloną linią.

Jadącemu kolejką z dworca lotniczego w stronę miasta nieświadomemu podróżnemu, niejako po mordzie dają wysokie ociekające rzeźbami i złotymi zdobieniami drapacze chmur. W końcu znajduje się tutaj najwyższy budynek na świecie – Wieża Halifa (dla nieświadomych burż – برج, w języku arabskim oznacza wieżę; warto się uczyć języków). Także znaj wędrowcze do jak wspaniałego groduś przybył.
To rzeczywiście robi wrażenie, większe w zestawieniu z wybudowanymi z pieczołowiczością nadmorskimi, czy też nadrzecznymi promenadami, przystaniami jachtowymi i innymi przejawami bogactwa. ,,Ameryka!” , można byłoby powiedzieć, gdyby nie to, że Ameryka pozostała dawno w tyle za Dubajem.

Na przykład takie „Dubai Marina”, promenada zbudowana wzdłuż sztucznego kanału pośród napaćkanych niczym na przymorzu wysokościowców. Upstrzona wystawnymi i drogimi gospodami i karczmami, na progu których stoją niezwykle nachalni naganiacze (przypomina się Monciak, co?). Jest tam też pełno innych natrętów, którzy niczym komary obłażą nieświadomych przechodniów spraedając im perfumy, czy też inne niepotrzebne rzeczy.
W środku, w gospodach podających przeważnie libańskie lub tureckie dania, choć zdarzają się też kazachskie lub uzbeckie (bliskie naszym), produkują się skrzypkowie, gitarzyści, bądź też inni kuglarze pomagając właścicielom dobrać się do naszych portfeli.

Zdecydowanie nie ma tutaj nic za darmo, za niewiele też nie. O tym można się przekonać zbaczając nawet niewiele z utartego szlaku.
Nawet blisko najlepszych miejc znajdziemy tam bowiem bloki dla zwykłych mieszkańców (oczywiście przyjezdnych). Źle starzejące się wysokościowce wykończone gruboziarnistym betonem, zmatowionym glinem, kłujące w oczy wyschniętą i zapomnianą fontanną, która niewiątpliwie miała kusić nabywców kiedy budynek był jeszcze świeży i drogi. Możnaby to porównać z blokami Zaspy, czy Przymorza (bo też przy morzu), gdyby nie zagęszczenie, dalece przekraczające trójmiejskie normy.
Zdarza się, że pomiędzy blokami przebiegają deptaki, na których okoliczna żul przesiaduje na ławkach, najczęściej boso i choć (na szczęście) nie spożywa alkoholu, to razi przeważnie brakiem higieny. Najbardziej tyczy się to mieszkańców pochodzenia rosyjskiego (bądź pokrewnych rosyjskiemu, ukraińskiego czy białoruskiego), którzy przesiadują całymi grupami paląć, śmiecąc, kląc i roztaczając swąd. Hindusi też nie pozostają w tyle zasmradzająć i obtłuszczająć kolejkę. Warto wtrącić w tym miejscu, że kojeka ma przedział pierwszej klasy zwanej złotą) który, choć też zatłoczony w godzinach szczytu, waniaje zdecydowanie mniej. Na wzór japoński każdy pociąg posiada również wagon żeński.

Wracając do ruskojęzycznych, podobnież pojawili się oni tutaj wielką chmarą z początkiem 22. roku i jest ich tyle, że na każdym rogu słychać język rosyjski bądź pokrewne.
Poza noclegowniami Fairmonta, Kempińskiego czy Hiltona, których ogwiazdkowanie przekracza niebiańskie gwiazdozbiory, wyznacznikiem luksusu i blichtru są wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, których jest tutaj zatrzęsienie. Szczęśliwie jako, że ich właścieilami są zwyczajne sieci handlowe (na przykład właścicielem Emirackiego Centrum Handlowego (muol al amirat – مول الإمارات) szczycącego się sztucznym stokiem narciarskim) – jest Kerfur. Dzięki temu, między wystawami Harvey Nicholsa, czy Rolexa są tam też maxy (taki bliskowschodni sklep z tanią odzieżą, ale naprawdę tanią; tak tanią, żę nawet mimo krótkiej trwałości jest to opłacalne), czy Kerfury. Swoją drogą w tym centrum handlowym Kerfur jest naprawdę wielki! Mają tam w środku nawet krawca!
Niewątpliwie najsłabszą stroną Dubaju jest jego bezpłciowość, odzczuciowa płaskość i pustynia. Po przeniknięciu za błyszczącą zasłonę luksusu zostaje z niego naprawdę niewiele. Ponadto zupełnie nie widać miejscowych. Zostają hindusi, filipińczycy i murzyni (no i ruskie) suszący swoje pranie na balkonach upadłych wysokościowców. Pod tym względem, pobyt w Królestwie Dwóch Meczetów jest przyjemniejszym doświadczeniem.
Niewątpliwie zaletą jest swoboda religijna i obecność kościołów. Co prawda tylko dwóch, więc mają pełno roboty i są zatłoczone (w popielec, to na każdej mszy było ludzi jakby Papież przyjechał). Są też msze w wielu językach – arabskim, polskim, koreańskim, ukraińskim no i oczywiście w językach hinduskich (różnych) i filipińskich, bo to obywatele tych państw stanowią większość wiernych.

Szczęśliwie, kiedy wydawało się, że nic już nie uratuje tego miejsca, nagle nawinęła się dzielnica handlowo rynkowa, opanowana co prawda przez hindusów, mieszkańców Sri Lanki i innych krajów środkowej Azji, jednakowoż jakże inna od tego powszechnego pozerstwa. Nad zatoką, po której pływają łódki i gdzie, niczym nad brzegiem Motławy, stoliki odstraszają niebotycznymi cenami w kartach dań. Ale przejść się można o zachodzie słońca. O wiele przyjemniej niż po tej marinie całej.

Podsumowując, Dubaj jest miejscem tak plastikowym i sztucznych jak większość jego rosyjskojęzycznych mieszkanek. Nie ma tu prawdziwości i nie czuć to arabskiego ducha. Istnieje tylko po to, żeby podróżni mieli gdzie wydawać pieniądze.
To smutne, ale jest to lep który przyciąga wielu. I może z tego względu ciekawie tu przyjechać. Na kilka dni. Tylko, serdeczna prośba – nie w laczkach bez skarpet i krótkich majtkach….




















































































