Wpis dziewiętnasty, o tym, że Dubai, to takie droższe i gorsze Trójmiasto.

Wreszcie przyszło kończyć robotę w Królestwie Dwóch Meczetów i wydawało się, że będzie można wrócić nad Morze Japońskie, zwane również Wschodnim. Jednakowoż nadzieja okazała się płonną i w miejsce tego los przez cały świat przygnał na powrót na Półwysep Arabski nad Zatokę Perską, zwaną też Arabską. ,,Służba nie drużba” mówią, choć żal. Było rzucić robotę w diabły, kiedy była sposobność i żyć jak uczciwy emeryt, miast znowu się mordować na rzecz islamistów. Jednakowoż, teraz słowo dane, a słowo rzecz droższa od pieniędzy, nie wypada go łamać.

W sumie, to żal, bo czeka na wydanie wpis o wycieczce do Dżazanu, przy czym są tam treści i odjimki, które żadną miarą nie mogą ukazać się w świecie arabskim, więc poczeka jeszcze dłużej.

Jeśli zaś mowa o Dubaju, to nie jest tak, że to jest pierwszy wyjazd w te strony, ale czy jednodniowe wycieczki można uznać za możliwość poznania prawdziwego oblicza tego miasta-państwa? Tym bardziej, że stara się ono je ukrywać za parawanem sztucznego blichtru, któren bije po mordzie już od pierwszych chwil po wyjściu z lotniska, statku bądź PKSu.

No i patrzajta jakie my majętne, mamy najwyższe budynki i nawet jeden okrągły. A co tam u was biedaki?

Dworzec lotniczy, co prawda, lepsze czasy ma już za sobą, co jest szczególnie widoczne w części obsługującej inne niż krajowe przedsiębiorstwa lotnicze. Z drugiej strony po wyjściu zaskakują żywe, świeże barwy przystanków autobusowych, kolejki miejskiej, czy wreszcie postoju dla taryf.

Dworzec lotniczy możnaby odnowić.

Właśnie, kolejki. Tu wtrącenie, bo Dubaj, właściwie Emiraty Arabskie, podobnie jak trójmiasto mają układ południkowy wzdłuż zatoki. I podobnie jak Trójmiasto – Dubaj spina Szybka Kolej Miejska, zwana tutaj metrem. Podobnie jak w Trójmieście biegnie ona wzdłuż zatoki i głównej ulicy, w Trójmieście zwanej Grunwaldzką/Niepodległośći/Zwycięstwa (dalej Morską), natomiast w Dubaju ulicą Szejka Zayeda, bo tutejsi władcy nie mają oporów, żeby nazywać główne arterie swoimi imionami. Jest też odnoga na ,,górny taras”, która bywa zwana PKM-ką, zaś tutaj – zieloną linią.

Zresztą jak widać nie tylko swoimi imionami, potężnym sąsiadom też można (i warto!) lizać cztery litery.

Jadącemu kolejką z dworca lotniczego w stronę miasta nieświadomemu podróżnemu, niejako po mordzie dają wysokie ociekające rzeźbami i złotymi zdobieniami drapacze chmur. W końcu znajduje się tutaj najwyższy budynek na świecie – Wieża Halifa (dla nieświadomych burż – برج, w języku arabskim oznacza wieżę; warto się uczyć języków). Także znaj wędrowcze do jak wspaniałego groduś przybył.

To rzeczywiście robi wrażenie, większe w zestawieniu z wybudowanymi z pieczołowiczością nadmorskimi, czy też nadrzecznymi promenadami, przystaniami jachtowymi i innymi przejawami bogactwa. ,,Ameryka!” , można byłoby powiedzieć, gdyby nie to, że Ameryka pozostała dawno w tyle za Dubajem.

Ale ta ichnia SKM-ka, to akurat fajna.

Na przykład takie „Dubai Marina”, promenada zbudowana wzdłuż sztucznego kanału pośród napaćkanych niczym na przymorzu wysokościowców. Upstrzona wystawnymi i drogimi gospodami i karczmami, na progu których stoją niezwykle nachalni naganiacze (przypomina się Monciak, co?). Jest tam też pełno innych natrętów, którzy niczym komary obłażą nieświadomych przechodniów spraedając im perfumy, czy też inne niepotrzebne rzeczy.

W środku, w gospodach podających przeważnie libańskie lub tureckie dania, choć zdarzają się też kazachskie lub uzbeckie (bliskie naszym), produkują się skrzypkowie, gitarzyści, bądź też inni kuglarze pomagając właścicielom dobrać się do naszych portfeli.

Dubai Marina – wieczorem wygląda zdecydowanie inaczej niż o poranku.

Zdecydowanie nie ma tutaj nic za darmo, za niewiele też nie. O tym można się przekonać zbaczając nawet niewiele z utartego szlaku.

Nawet blisko najlepszych miejc znajdziemy tam bowiem bloki dla zwykłych mieszkańców (oczywiście przyjezdnych). Źle starzejące się wysokościowce wykończone gruboziarnistym betonem, zmatowionym glinem, kłujące w oczy wyschniętą i zapomnianą fontanną, która niewiątpliwie miała kusić nabywców kiedy budynek był jeszcze świeży i drogi. Możnaby to porównać z blokami Zaspy, czy Przymorza (bo też przy morzu), gdyby nie zagęszczenie, dalece przekraczające trójmiejskie normy.

Zdarza się, że pomiędzy blokami przebiegają deptaki, na których okoliczna żul przesiaduje na ławkach, najczęściej boso i choć (na szczęście) nie spożywa alkoholu, to razi przeważnie brakiem higieny. Najbardziej tyczy się to mieszkańców pochodzenia rosyjskiego (bądź pokrewnych rosyjskiemu, ukraińskiego czy białoruskiego), którzy przesiadują całymi grupami paląć, śmiecąc, kląc i roztaczając swąd. Hindusi też nie pozostają w tyle zasmradzająć i obtłuszczająć kolejkę. Warto wtrącić w tym miejscu, że kojeka ma przedział pierwszej klasy zwanej złotą)  który, choć też zatłoczony w godzinach szczytu, waniaje zdecydowanie mniej. Na wzór japoński każdy pociąg posiada również wagon żeński.

Betonoza jak na Żabiance.

Wracając do ruskojęzycznych, podobnież pojawili się oni tutaj wielką chmarą z początkiem 22. roku i jest ich tyle, że na każdym rogu słychać język rosyjski bądź pokrewne.

Poza noclegowniami Fairmonta, Kempińskiego czy Hiltona, których ogwiazdkowanie przekracza niebiańskie gwiazdozbiory, wyznacznikiem luksusu i blichtru są wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, których jest tutaj zatrzęsienie. Szczęśliwie jako, że ich właścieilami są zwyczajne sieci handlowe (na przykład właścicielem Emirackiego Centrum Handlowego (muol al amirat – مول الإمارات)  szczycącego się sztucznym stokiem narciarskim) – jest Kerfur. Dzięki temu, między wystawami Harvey Nicholsa, czy Rolexa są tam też maxy (taki bliskowschodni sklep z tanią odzieżą, ale naprawdę tanią; tak tanią, żę nawet mimo krótkiej trwałości jest to opłacalne), czy Kerfury. Swoją drogą w tym centrum handlowym Kerfur jest naprawdę wielki! Mają tam w środku nawet krawca!

Niewątpliwie najsłabszą stroną Dubaju jest jego bezpłciowość, odzczuciowa płaskość i pustynia. Po przeniknięciu za błyszczącą zasłonę luksusu zostaje z niego naprawdę niewiele. Ponadto zupełnie nie widać miejscowych. Zostają hindusi, filipińczycy i murzyni (no i ruskie) suszący swoje pranie na balkonach upadłych wysokościowców. Pod tym względem, pobyt w Królestwie Dwóch Meczetów jest przyjemniejszym doświadczeniem.

Niewątpliwie zaletą jest swoboda religijna i obecność kościołów. Co prawda tylko dwóch, więc mają pełno roboty i są zatłoczone (w popielec, to na każdej mszy było ludzi jakby Papież przyjechał). Są też msze w wielu językach – arabskim, polskim, koreańskim, ukraińskim no i oczywiście w językach hinduskich (różnych) i filipińskich, bo to obywatele tych państw stanowią większość wiernych.

Takżeśmy w popielec ze mszy wychodzili wieczornej.

Szczęśliwie, kiedy wydawało się, że nic już nie uratuje tego miejsca, nagle nawinęła się dzielnica handlowo rynkowa, opanowana co prawda przez hindusów, mieszkańców Sri Lanki i innych krajów środkowej Azji, jednakowoż jakże inna od tego powszechnego pozerstwa. Nad zatoką, po której pływają łódki i gdzie, niczym nad brzegiem Motławy, stoliki odstraszają niebotycznymi cenami w kartach dań. Ale przejść się można o zachodzie słońca. O wiele przyjemniej niż po tej marinie całej.

Wycieczki łódką też są. A spod Żurawia kiedys się odpływało na rejsy po zatoce.

Podsumowując, Dubaj jest miejscem tak plastikowym i sztucznych jak większość jego rosyjskojęzycznych mieszkanek. Nie ma tu prawdziwości i nie czuć to arabskiego ducha. Istnieje tylko po to, żeby podróżni mieli gdzie wydawać pieniądze.

To smutne, ale jest to lep który przyciąga wielu. I może z tego względu ciekawie tu przyjechać. Na kilka dni. Tylko, serdeczna prośba – nie w laczkach bez skarpet i krótkich majtkach….

Jak się zboczy, to ciekawsze zakątki też się znajdą, choć nie ma ich zbyt wiele

Wpis osiemnasty, o tym, że jak zmiany to częściej na gorsze, czyli nowym lotnisku w Abu Zabi

W Abu Zabi otwarto nowy dworzec lotniczy. „nowy terminal” jak szumnie głosi pokładowa gazetka oraz igłoszenia również na pokładach samolotów linii Etihad. Ulubionych;  oczywiście z własnego punktu widzenia. Dworzec piękniutki, czyściutki, lśniący nowością, błyszczący i oczarowujący od perwszego wrażenia. Warto dodać, żę w Abu Zabi można spotkać pasażeró przedsiebiorstwa Wizz Air z Katowic, czy tam Krakowa.

Pierwsze wrenie po przyjeździe

Poprzedni dworzec był schludny, dobrze rozłożony i z mnogścią ustępów, chociaż zaczynał być ciasny i znalezienie miejsca siedzącego zaczynało przedstawiać niewielkie wyzwanie, choć nie było niemożliwe. Jednakowoż dawało się odczuć, że wymaga, może nie wymiany, ale rozbudowy napewno.

Sala odpraw.

No i drogi był, to rzeczywiście, że koszt zakupu czekokolwiek tam stanowił wielokrotność sklepowej ceny, incaczej, czy w Dubaju, czy też Rijadzie.

No więc nowy dworzec Terminal „A” otwarty na dwudziestolecie linii Etihad, może nie z pompą, ale na pewno z dumą. I rzeczywiście. Po przybyciu podróżnych witają marmury, fikuśne kształty i wysokiej jakości wykończenia. Choć nie da się ukryć, że natchienie czerpano z katarskiego dworca, wystrzeżono się wielu błędów. Przede wszystkim ponurych barw, które są tam wszschobecne. W Abu Zabi przeważa biel na ścianach i suficie, jasne odcienie szarości na podłodze i biel, złoto lub drewno na ścianach. Wiele jest też powierzchni przeszklonych.

Niestety, podróżni dowiezieni z samolotu na przesiadkę autobusem (bo pomimo wielkości i nowości dworca, są też już niestety i tacy) nie uświadczą tablicy odlotów po wyjściu z autobusu, a jedynie po prześwietleniu toreb, w głównej przesiadkowej części dworca.

Ponieważ współcześnie dworce lotnicze zarabiają niekoniecznie na obsłudze podróżnych, a bardziej na wynajmie powierzchni handlowych, w których wciska się podróżnym niepotrzebne rzeczy w niebotycznych cenach, nowy dworzec zaopatrzono w uwydanione stoiska drogich marek wraz z krzykliwymi wystawami. W przeciwieństwie do Kataru, nie stają się one przeszkodą dla podróżnych w dotarciu do peronu odjazdowego.

Ładnie i drogo można zrobić zakupy.

Dojsćia do peronów są czytelne i bardzo dobrze oznaczone, a przy każdym stoi ekran, dodatkowo powiadmiający o numerze peronu i najbliższych odlotach.

łatwo jest się odnaleźć

I dzięki temu możnaby odnieść wrażenie że jest to dworzec jak z bajki i miodem i mlekiem płynący, gdyby nie powielono w nim kilku bardzo nieudanych rozwiązań ze wspomnianego już dworca w Ad-Dausze.

Po pierwsze- ku zaskoczeniu wielu podróżnych rozpoczęto zabieranie płynów z toreb podróżnych. Coś takiego nigdy nie miało miejsca na poprzednim dworcu, napoje można przewozić bez kłopotów także w Dubaju, Rijadzie, Dżudżdie, Manamie i innych bliskowskochich portach (z wyjątkiem Dauhy – oczywiście). Ta duża niedogodność jest (jak na razie) równoważona nieco przez lekceważące podejśćie urzędników prześwietlających bagaż, którzy zamiast grzebać w podejrzanym bagażu posmyrają torbę jakimś urządzeniem i przepuszczą. W ten sposób, jak na razie, można przemycić przynajmniej niewielkie buteleczki z wodą, czy tam pepsi colą.

A właśnie – bo i pepsi coli się na tym dworcu nie uświadczy, bo wszystkiej się wyzbyto na rzecz tego czerwonego świństwa. Nawet w poczeklani pierwszej i business klasy podróży tylko ta koka kola wstrętna jest. No i woda i inne napoje oczywiście też Nawet gazowana woda, ale o tym będzie dalej.

Po drugie – podobnie jak w Dausze (i w jakimś stopniu w Dubaju) na wzór brytyjski wprowadzono klatki do czekania na peronach. Czyli, że przed odlotem otwiera się taką klatkę z miejscami siedzącymi przeznaczonymi dla podróżnych z danego lotu, w której mają oczekiwać na przygotowanie samolotu. Można tam wejść, ale wyjść już nie I w porównaniu do takiego na przykład Kataru, zadbano oto, żęby w tej oddzielonej przestrzeni znalazł się ustęp, to jednak jest on tylko jednoosobowy.

w „klatce” ustęp dla jednego, na zewnątrz – dla tylu, ile się zmieści

Po trzecie zwykłę ustępy są krokiem wstecz w porównaniu do starego dworca. Podobnie jak w Dausze jest ich zbyt mało i tworzą się kolejki. Żal, ponieważ na poprzednim dworcu, oprócz małych ustępów miejscowych istniały wielkie „kombinaty” ustępowe z wielką ilością kabin, na które nikt nie musiał czekać (o ile oczekiwanie w damskim ustępie jest czymś przyjętym, także przez zwyczaje występujące u niewiast, o tyle w męskim jest to naprawdę uwłaczające). W związku z tym brak pojemników na ręczniki i konieczność pozostawienia ich w foliowych torebkach a także niedziałające dozowniki do mydła zastąpione na siłę dołożonymi dozownikami po bokach – to jednynie drobna niedogodność estetyczna.

miało być pięknie i ekologicznie, a wyszło jak zwykle

Poczekalnia biznes i pierwszej klasy, choć nie otwarta w całości robi przyjemne pierwsze wrażenie. Są lodówki z napojami, oczywiście wystawione na szwedzkim stole różne potrawy, dla tych, którym mało posiłków w samolocie. Poczekalnia zajmuje trzy piętra, więc miejsca wystarczy dla wszystkich, również w ustępach, które choć są niewielkie, jest ich kilka na różnych poziomach. I nie warto iść do pierwszego, tylko wjechać lub wejść po schodach na kolejne piętro. No i można nabrać się wody, za tę, którą nam zabrali przy prześwietlaniu toreb.

Jednak, nie wszystkie perony wyposażono w oddzielne wejścia bezpośrednio z poczekalni. A w Dubaju dało się jednak tak zrobić.

do poczekalni wstęp mają posiadacze biletów i kart Etihad Guest Silver, Gold i Platinum

Koniec końców, to bardzo przyjemny dworzec i nięwątpliwie stanowi poprawę w porównaniu do tego w Ad-Dausze, a do tego zapewnia więcej przestrzeni i wygody w porównaniu do poprzedniego w Abu Zabi, jednakowoż jest wielkim krokiem do tyłu pod względem dostępności i użyteczności dla podróżnych.

Wpis siedemnasty, o tym, że nie wszystkie Arabki są chętne i miłe.

A wszystko zaczęło się od tego, że trzeba było pojechać na odbiór dźwigu do Dżuddy, to znaczy nie nawet, żeby dźwigu, tylko takiej ciężarówki, co to ma kosz co to na nim można jechać w górę i w górę. Na czterdzieści metrów, Panie. To od samego patrzenia jak ktoś tam siedzi to się w głowie kręci. Jeszcze jak tym zatrzęsie. Chociaż to nie po kolei.

Bo oczywiście trzeba zacząć od przyjazdu na dworzec lotniczy. Krajowy. Bo w Rijadzie są oddzielnie, ten krajowy otwarty w 2016. roku, to taki średni jest. Znaczy ładny i czysty i wodę można też wnieść, ale osoby które na nim pracują, jakby mają świadomość, że są „tymi gorszymi”. Znaczy w porównaniu, od tych co robią na międzynarodowym. Więc też się im jakby mniej chce. Wejściówek nie wydrukują, bo po co, jak się ma już na kartce, na połączenie nie odprawią, bo można na kolejnym lotnisku, itp. Poczekalnia ujdzie, choć, w porównaniu na przykład do lotniska międzynarodowego, nie ma urządzenia sprzedającego tanią wodę po 2 zł. Na szczęście, można ją, jak i inne napoje, zabrać z domu.

Poczekać też można sobie całkiem po ludzku.

Ponieważ Królestwo Dwóch Meczetów powierzchnię ma znaczącą (np. z Dżuddy, do Rijadu jest dalej niż z Gdańska do Krakowa), sieć drogową zaś znikomą, a o kolejowej nie ma co wspominać, więc lotnictwo jest głównym sposobem przemieszczania się pomiędzy głównymi ośrodkami, zarówno w celach służbowych, jak i osobistych. Nie dziwi zatem, że samoloty w to samo miejsce (choć różnych przewoźników) odlatują w odstępach kilkuminutowych.

Poranny samolot do Dżuddy był duży, ale francuski (A330). Taki toporny w porównaniu do B787 np. Jednak te amerykańskie, to nawet jak nimi rzuca, to jakoś bardziej miękko. Ten francuski to telepał równo i bez pardonu. Niemniej po półtora godzinie przyjechał na miejsce. Zgodnie z rozkładem.

Jednak z głębi kraju do Dżuddy to lepiej się naziemnie przemieszczać, bo jak się wyjdzie z tych sztucznie chłodzonych zamkniętych przestrzeni na Boży świat, to uderza ten nadmorski zaduch mocno. W PKSie to idzie się jednak przyzwyczaić w miarę stopniowego pokonywania drogi.

A skoro o PKSach mowa, to Dżudda dla wielu (Muzułmanów) jest bramą do Mekki, z racji niewielkiej odległości. To na ten dworzec lotniczy przybywa większość pielgrzymów (na golasa, okrytych jedynie ręcznikami), aby przesiąść się na autobus, który dowiezie ich do celu ich pielgrzymki.

Nic to Baśka, podwykonawca wynajął gablotę, wsiedlim i pojechalim do fabryki. Jeszcze nam czapeczki porozdawali od słońca, coby nas nie popaliło. A słoneczko świeciło pięknie i ani jednej chmurki na niebie.

Ponieważ sprawdzanie zajęło niewiele ponad pół dnia, a powrót był wieczorem, to pojechalim nad morze. Czerwone.  Nad morzem zmieniło się od ostatniego razu (opisanego w ósmym wpisie), miejsca, które wtedy były udostępnione spacerowiczom są w przebudowie, a to co było przebudowywane – zakończono i oddano do użytku. Na końcu nadmorskiej drogi zaś, krótko przez torem wyścigowym, powstał nadmorski deptak ze ścieżkami rowerowymi. Można tam spotkać mnóstwo ludzi – spacerują, biegają, jeżdżą rowerami – w strojach swoich i zachodnich, w chustach i w czapkach z daszkiem. Niesamowite uczucie i do niedawna niestpotykane. A to wszystko upstrzone palmami z falującym morzem w tle.

Dworzec lotniczy w Dżudżdie też robi wrażenie (nie tylko tym, że nie ma desek na muszlach w ustępach). Mimo tego, że otwarto je ładnych parę lat temu, jest wciąż czyste i eleganckie. Dostosowane oświetlenie łagodnie dopełnia rzeźbionych płytek stalowych, czy tam gipsowych. Jest też przestronne i wygodnie. Dużo jest ustępów (no, bez desek) w których zawsze jest jakiś czyściciel, jest gdzie usiąść i internet jest nawet. Ale książki to drogo sprzedają, na przykład. (Oczywiście o napojach nie trzeba wspominać, bo te można wziąć ze sobą z zewnątrz).

Pasażerów na powrotny lot było wielu. Najprawdopodobniej było to za przyczyną święta narodowego, które skońcyło się dzień wcześniej. Samolot był więc zapełniony. W większości przez miejscowe niewiasty czarujące paletą barw swoich strojów. Miejsce obok, jak się okazało przypadło również miejscowej białce, która przywdziała czarny strój przesłaniający twarz. Nic szczególnego. Jednakowoż dziewczę owo, widząc na sąsiednim miejscu zagranicznego współpasażera wzdrygnęło się z przerażeniem, a następnie drżącym głosem poprosiło roznosicielkę o zmianę przydzielonego miejsca. Roznosicielka w odpowiedzi powiadomiła o braku wolnych miejsc i konieczności zajęcia miejsca wyznaczonego. Z braku wyjścia przerażone dziewczę usiadło, a następnie starało się jednocześnie zespolić ze ścianą i zasłaniać się rękoma, jeszcze się przy tym trzęsąc ze strachu. Nie pozostawało zrobić nic innego, jak tylko poprosić pasażerkę siedzącą po przeciwnej stronie korytarza, o zamianę. Inaczej ta biedna zaputana białka, jeszcze by jakichś palpitacji podniebiosy by dostała, albo co gorszego od ojca lub męża po powrocie. Na szczęście się zgodziła i reszta podróży upłynęła bez przygód. Nawet nie rzucało.

Samolot był pełen.

Koleżanka z pracy (też miejscowa) wyjaśniła, że są w kraju niewiasty, którym nieswojo jest przebywać w pobliżu mężczyzn. Zarówno obcych jak i rodaków. Nie są do tego przyzwyczajone i już. Nawet idzie to zrozumieć. Może więc niepotrzebnie polikwidowano oddzielne przestrzenie dla kobiet w lokalach, pociągach i innych miejscach. W Japonii też takie są. Zresztą, nawet Arabki, które bez kłopotu randkują, czy spotykają się lub po prostu rozmawiają z chłopami też mówią, że lepiej im było jak miały tę przestrzeń dla siebie i jak ich pierwsze obsługiwano w kolejce…

PS. Jeszcze zrobilim filma, ale że nikt nie patrzy to też tu napisze, może ktoś zobaczy…

Wpis szesnasty, o tym dlaczego lotnisko w Dausze to pic na wodę i fotomontaż

Jakiś czas temu można było przeczytać, że otwarte w 2016 roku katarskie lotnisko Hamad zostało oznne za najlepsze na świecie, a tamtejsze linie lotnicze Katarija (znane pod zanglicyzowanym mianem „Qatar Airways”) za najlepsze (teraz już drugie najlepsze) na świecie.

Chciałoby się zapytać kto przydziela te miejsca, ale to wiadomo, bo to „skytrax” (źródło: https://www.rynek-lotniczy.pl/wiadomosci//skytrax-qatar-airways-stracilo-miano-najlepszej-linii-na-swiecie–17949.html oraz https://www.rynek-lotniczy.pl/wiadomosci//katarskie-lotnisko-hamad-po-raz-kolejny-najlepsze-wedlug-skytrax-14764.html), ale ciekawym pozostają zasady oceniania. (Chociaż o tym skajtraksie to dawno mówi się, że nadstawiają kieszeń, więc może to po prostu chodzi o to, kto więcej da pod stołem. Tym bardziej, że to też żadna tajemnica, że władze Kataru hojnie sypią petrodolarami pod stołem.)

Zdjęcie poglądowe akurat z lotniska wi Rijadzie.

Patrząc obiektywnie, mimo całego blichtru i pociągu wetnątrzlotniskowego łączącego stanowiska odjazdowe (no, trzeba przyznać, fajnie to wygląda), jest to bez wątpienia jedno z najgorszych lotnisk na bliskim wschodzie. Przyczyn jest wiele, a cztery z nich są następujące:

  • Zabierają wodę, nieroby.

Istotna uwaga dla skąpców takich jak autor opracowania. Na większości lotnisk na bliskim wschodzie można wziąć na lotnisko wodę (albo Pepsi-colę) z zewnątrz, bądź przywiezioną ze sobą. Obojętnie, czy to Rijad, Dubaj, Abu Zabi, Bahrain, czy Dammam. Nikt nam jej nie zabierze przy prześwietlaniu bagażu podręcznego. Nie ma też ograniczenia pojemnościowego lub ilościowego. Warto dodać, że na lotnisku w Rijadzie (w Seulu też) napoje sprzedają w cenie sklepowej, w Dubaju, czy Dammamie jedynie nieznacznie droższej niż w mieście.

Zasada ta nie stosuje się jednak do lotniszka w Ad-Dausze. Tam, podczas tak zwanej „kontroli bezpieczeństwa” która odbywa się od lat w sali, która wygląda jakby była zestawiona na prędce z dostępnych pod ręką zastawek i niechlujnie rozrzuconych dywanów, każdy płyn (woda, szampon, perfum itd.) jest usuwany i wyrzucany przez obsługę lotniska. Dochodzi przez to do nieustannych awantur. Woda zaś dostępna jest w lokalach gastronomicznych w astronomicznych cenach.

Jest to niedogodne, szczególnie jeśli czas oczekiwania na przesiadkę jest długi, co nie jest rzadkością. Na szczęście można ten system jeszcze oszukać oczekując na swój lot przed kontrolą bezpieczeństwa. Oczywiśćie nie w tej zatłoczonej brudnej sali. Po lewej stronie znajduje się jednak korytarz łączący z przejściem dla przyjeżdżających. Jest tam wiele siedzeń, są też mało uczęszczane ustępy. Można tam czekać pijąc własne napoje (które przywieźliśmy ze sobą). Trzeba jedynie nie zważać na ochronę lotniska, która będzie defilować chcąc wzbudzić niepokój. Na ok. godzinę, półtorej przed odjazdem można sobie po pańsku przejść prześwietlenie i udać się na peron, gdzie podstawiony będzie samolot. Bądź autobus, ale o tym dalej.

Katarija – Brunatno-szaro-białe samoloty. Niby jakieś ochy i achy, a naprawdę też nic specjalnego.
  • Przepełnione ustępy.

Kiedyś jeszcze, za młodych lat, w wielu sopockich klubach zaobserwować można było długie kolejki do ustępów. Damskich. Wiadomo, białkom skorzystać z ustępu jest ciężej, ponadto załatwiają tam więcej spraw. Oprócz zasadniczej. Jakieś podmalówki, czy co tam. Jednakowoż w męskich przepustowość zawsze była zachowana i o zatorach nie mogło być mowy. Podobnie jest zwykle na lotniskach, może czasem się zdarzyć zator, ale mnogość przybytków pozwala na ulżenie sobie w następnym. Nawet w Warszawie, chociaż tam, wymaga to zwykle dłuższej wycieczki, niemniej da się.

Ale nie w Ad-Dausze. Tam zawsze są kolejki w ustępach męskich, przede wszystkim do kabin. Jest to jedyne chyba, lotnisko na świecie z tych „ogromnych”, gdzie występuje takie zagadnienie. Oznacza to, niewątpliwie, że to nowe, przecież, lotnisko (nie ma nawet dziesięciu lat), zostało źle zaprojektowane. Postawiono na tani blichtr, a nie na użyteczność.

A i jeszcze na wzór brytyjskich lotnisk, przed wypuszczeniem do samolotu zbierają pasażerów przed wejściem nie wiadomo po co i trzymają ich w szklanych klatkach jakiś czas, bez możliwości wyjścia do ustępu. W Dubaju też, co prawda, mają takie klatki. Jednak są w nich ustępy.

  • Ponury wystrój.

Jak wiadomo barwy Katarii są szaro-brunatno-białe. Ten brunatny, to pewno pochodzi od flagi Kataru, a szary to niewiadomo. Nieistotne. Istotne jest natomiast, że ktoś wymyślił, że będzie nieziemsko, jeśli wykończenie lotniska będzie właśnie w tych barwach. Mamy więc zatem brunatne dywany i siedzenia oraz obite szarymi stalowymi okładzinami ściany. Dodatkowo okna oganiczające promienie słoneczne.

W nocy to jeszcze jest w porządku dzięki oświetleniu, poza tym ciało człowiecze też jakoś jest przyzwyczajone do ciemności nocą. Natomiast w dzień połączenie tych barw tworzy tak niesamowicie ponury nastój, że wyczekiwanie na tym lotnisku staje się udręką. Wszędzie jest po prostu szaro-buro i ponuro.

Szaro buro i ponuro – i brudno jeszcze!
  • Autobusy

Poprzednie lotnisko w Ad-Dausze było małe, maluteńkie. Opierało się więc na układzie linii autobusowych dowożących pasażerów z samolotu do budynku lotniska i nazad. Straszne to było. Przy czym po otwarciu nowego lotniska jest niewiele lepiej. Źle policzyli zapotrzebowanie, czy jak? Ten ogromny gmach, gdzie powstał pociąg, żeby łączyć poszczególne jego części nie jest wyposażony w wystarczającą ilość peronów i rękawów. (To zresztą widać, po przejeżdżając koło niego widać długie ściany bez żadnyc wyjść). W związku z czym większość pasażerów skazanych jest na bardzo długie (bo lotnisko jest węzłem obsługującym niezliczoną ilość połączeń z całego świata) przejazdy. Jakby te wszyskie wydane pieniądze nie odniosły żadnego skutku.

Naprawdę, jest to jedno z najgorszych lotnisk na świecie. Niewątpliwie nie warte polecenia jak i cała ta nadmuchana linia lotnicza. Jest dużo lepszych na bliskich wschodzie, Dubai, nawet mimo tego, że nierzadko trzeba tam czekać na stojąco, bo wszystkie krzesła są zajęte, albo Abu Zabi – malutkie lotnisko, drogie też. Ale za to jest mnogość ustępów, jest czysto i jest (jeszcze) gdzie się przytulić i przeczekać na siedząco na samolot. Ale może na tamtych lotniskach nie dają tyle w łapę i dlatego wygrywa Ad-Dauha…

Wpis piętnasty o zagranicznej podróży arabskim PKSem

Kalendarz islamski, który rozpoczyna się od roku 622, czyli od przeniesienia się Mahometa z Mekki do Medyny, a ponieważ oparty jest na obiegu księżyca, nie słońca, w związku z tym jest o 11 dni krótszy od zwykłego kalendarza. A ponieważ jest krótszy, więc święta tkwią w ciągłym ruchu i wolne dni, które w zeszłym roku wypadały w lipcu w kolejnym roku wypadną w czerwcu, a w następnym…

O tym kalendarzu, między innymi, można dowiedzieć się z Muzeum Narodowego Bahrajnu, a wybrać tam można się ze stolicy Królestwa Dwóch Meczetów PKSem. Z przesiadką. Możnaby też było pociągiem z przesiadką na PKS, ale niestety w święta wszystkie bilety wyprzedane, a jakby tego było mało to jeszcze organiczyli rozkład. Tymczasem, ponieważ PKSy w Krolestwie Dwóch Meczetów są brudne, wstrętne, popsute, ciasne, powolne i wcale nie tanie – to miejsca są.

Tym razem podstawiono kitajski autobus „King Long”, równie obrzydliwy.

Pierwszy odcinek – Rijad – Dammam można pokonać dowolnym autobusem, byleby zdążyć na przesiadkę w Dammamie o godz. 8. Rano. O warunkach podróży i walorach dworca w stolicy pisano tutaj już niemało. Nie warto się powtarzać.

Rijadzki dworzec PKS obleśny jak zawsze,

PKS wyjeżdżający ze stolicy o 22.00 przyjeżdża do celu o 4. rano. Poranna przechadzka nadmorskim bulwarem (bo przecież nie warto siedzieć czterech godzin na dworcu) przyniosła pierwsze zaskoczenie. Otóż bulwar o tej wczesnej porze był pełen ludzi. Zarówno miejscowych, którzy wraz z rodzinami grali w piłkę, siedzieli sobie na trawie zajadająć różne przypisane tym świętom smakołyki – jak i przyjezdnych, którzy spacerowali po kilka osób wzdłuż nabrzeża robiąc wiele zdjęć. A także arabska młodzież, jakieśtam dziewczęta, ukradkiem rozpięte z tych swoich zaputań i nieśmiało popalające papierosy z dala od wścibskich oczu. Ponadto liczne kocie rodziny wylegujące się na ciepłych kamieniach patrzących na ich psocące kocięta.

Dammam baj najt gut?

Wraz z wschodzącym słońcem z trawników znikają plażowicze odsłaniając nagromadzone góry śmieci. Pozostają wędkarze próbujący wyłowić z brudnej wody zatoki perskiej (zwanej tutaj „zatoką arabską”) co lepsze okazy za pomocą żyłki z hakiem naprędce przymocowanej do znalezionego na poczekaniu patyka. Dołączają do nich poszukiwacze krabów lub muszli, podnoszący morskie kamienie i zbierający łup do obciętych butelek po napojach.

Wschodzące słońce oświetla zatokę.
Frutti di Mare po arabsku.
Bałagan paskudny pozostał po plażowiczach…

Świecące wysoko słońce, to także znak, że pora wracać na dworzec PKSu. Wedle zaleceń na bilecie przy połączeniach międzynarodowych należy oczekiwać od dwóch godzin przed odjazdem. Między innymi celem pobrania naklepki na bagaż z nazwiskiem pasażera. Przyda się ona na granicy, kiedy celnicy zażądają prześwietlenia toreb. Tych z bagażnika i tych ze środka. Wtedy nikt się nie wyprze własności trefnej sakwy (jeśli oczywiście takowa wystąpi). Póki co, pozostaje czekać na odjazd, jescze ponad godzinę. Na dammamskim dworcu czeka się jednak przyjemnie. Jest czysto, z głośnika co jakiś czas wybrzmiewają wezwania dla pasażerów kolejno odjeżdżających autobusów, powtarzane przez ciecia, który po każdym ogłoszeniu okrąża poczekalnię wykrzykując kierunek najbliższego wozu. Ustęp również nie pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście, próżno szukać muszli w naszym rozumieniu, występują tylko te „Małyszowe”, jedna kabina jest wyłączona z użytku, ale i tak w porównaniu z Rijadem to niebo i ziemia.

O niebo lepszy ten dworzec.

Pół godziny przed odjazdem autobusu zwoływani są pasażerowie do Manamy (stolicy Bahrajnu). Przyczyną jest konieczność sprawdzenia biletów, ale też posiadania dokumentu uprawniającego do przekraczania granicy, a także pozwolenia na wjazd do Królestwa Bahrajnu. Co prawda, pozwolenie takie można wykupić bezpośrednio na granicy, jednak wymagane jest, aby pasażerowie posiadały takowe wykupione za wczasu przez internet. Stojąc w kolejce można rzucić okiem na tablicę odjazdów, gdzie uwagę przykuwa PKS do Tabuku (miejsca budowy nowego miasta „Neom”). Czas przejazdu powyżej 22 godzin. Kiedyś się tak z Gdańska na wyspy jeździło, nawet dłużej. Tylko pojazd był czysty i wydogniejszy.

Kolejka do sprawdzenia papierów podróżnych.

Stanowiska odjazdowe w Dammamie też dobrze pomyślane. Na przeciw każdego stanowiska tabliczka z cyfrą oraz kierunkiem (wymienna). Jasno, przejrzyście, a bez nadmiernego nakładu środków.

Proste, tanie, a działa i pomaga!

PKS rusza z jedynie dziesięciominutowym opóźnieniem kierując się na Khobar, gdzie na przystanku pod noclegownią spod szyldu „Mercure” przystaje na dwadzieścia minut, po których nie odjeźdża. Okazuje się bowiem, że pasażerów jest więcej niż na spisie, kierowca z pomagierem przystępują więc do ponownego sprawdzenia biletów. Zagadnienie udaje się rozwiązać, bowien autobus rusza. Poniewczasie. Kierując się na most łączący Królestwo Dwóch Meczetów z sąsiednim królestwem położomym na wyspie. Celem podróży.

Przejaz przez most jest płatny, i pomimo, że tej płatności należy dokonać bezgotówkowo, tę muszą przyjąć pozamykane w klatkach biedne dziewczęta. Widok z mostu na morze działa kojąco. Z wysokiego autobusu można odnieść wrażenie, że płynie się łodzią. Z okien widać jedynie wodę a pojazd przyjemnie kołysze. Granica przebiega przez wyspę położoną mniej więcej w połowie drogi. Kierowca zbiera książeczki uprawniające do przekroczenia granicy, zanosi je arabskim pogranicznikom. Oddaje, szaban się podnosi i do bahrajńskich celników należy już udać się osobiście. Niestety, nie wbijają pieczątek. Ostatnim postojem na granicy jest wspomniane wcześniej prześwietlenie toreb. Jeszcze tylko zapakować się do autobusu, zatrzymać się po arabskiego pasażera, który biegnie za autobusem, bo kierowca nie zauważył jego nieobecności i wjeżdżamy na bahrajńską część mostu.

w brudnym PKSie jak na łodzi.
Placówka graniczna, a bandyty pieczątki nie dali.

Autobus przyjeżdża spóźniony o ok. 15 minut, po wpół-do-dwunastej przed południem. Niby niewiele, ale przy napiętym rozkładzie dnia (powrotny PKS o wpół do jedenastej wieczorem) liczy się każda minuta. Trzeba się więc szybko przemieścić na położony po sąsiedzku dworzec miejskich autobusów, zakupić w kasie (taka budka z okienkiem, przyponinająca tę, która była kiedyś na pętli w Oliwie) za denarów bahraińskich 1.20, z czego 0.5 stanowi koszt wydania blankietu z tworzywa, na którym kasjerka zapisała bilet całodzienny za denarów barhajńskich 0.7. Ciekawostka – jedna denar dzieli się na 1,000 (nie 100) ichnich groszy. Pracownik na dworcu pomaga znaleźć właściwy autobus, odjeżdżający w kierunku wspomnianego wcześniej Muzeum Narodowego.

Pętla w Manamie – nawet wody się można napić, jak który odważny.

Kilkunastuminutowy spacer z przystanku utrudnia nieco wszechobecna duchota na szczęście nieznane w Królestwie Dwóch Meczetów chodniki i przejścia dla pieszych pozwalają dotrzeć do celu bez większych kłopotów. Muzeum robi wrażenie od wejścia, uderza też swojskie podejście innych zwiedzających. Oto filipińska matka powiadamia swoje dzieci ile mają lat, aaby załapać jak najwięcej z nich na darmowy wstęp. Bilet do muzeum kosztuje jednego dinara. Za dodatkową opłatą dostępne są wycieczki łodzią, między innymi do pobliskiej warowni. Niestety, pierwszy rejs przewidziano na 13.30. Nie składa się to z napiętym rozkładem wycieczki. Trudno.

Brama Muzem Narodowego
Ogrody muzeum.

Kolejnego zaskoczenia można doświadczyć zaraz po wejściu. Oto pierwsza wystawa poświęcona jest Ojcu Świętemu – Franciszkowi, który odwiedził ten kraj pod koniec 2022 roku. Oprócz sprawozdania z odwiedzin Papieża podziwiać można jego tron, mównicę, a nawet fiacika, którym poruszał się po wyspie. Obok stoi samochód przyponinający ten, którym ówczesny król pojechał odwiedzić pierwsze złoża ropy, które to odmieniło dzieje wyspy. Do tego czasu mieszkańcy utrzymywali się głównie z połowu pereł – poświęcona temu wystawa znajduje się na piętrze, gdzie stoi nawet odwzorowany statek poławiaczy, choć nie w rzeczywistej wielkości. Zanim jednak przejdzie się na piętro, gdzie można się dowiedzieć o poławiaczach pereł, przespacerować po rynku, zwiedzający kierowani są do sali przedstawiającej Bahrajńskie zwyczaje. Można się dowiedzieć jak kiedyś wyglądały narodziny, szkoła koraniczna, zaślubiny, a także noc poślubna, że Arabowie od zawsze kupowali wodę, którą teraz rozprowadza się w baniakach z tworzywa w sklepach a kiedyś roznosili ją w skórzanych kubłakach. Pokazane jest też jak odpoczywali Bahrajńczycy, jak zbudowane były miejscowe zagrody, podstawy islamskiego życia i wiele innych ciekawych rzeczy.

Wystawa poświęcona Ojcu Świętemu.

W ostatnich dwóch salach, natomiast ukazane są dzieje wyspy przed nastaniem Islamu, kiedy wyspa znana była pod nazwą „Dilmun”, opisano wpływy greckie, rzymskie oraz zależność kraju od Mezopotamii. Wystawione są też rzeźby nagrobne, oczywiście naczynia i inne wykopaliska.

Wystawa przedstawiająca miejscowe zwyczaje.

Tego dnia również odbywała się 49. coroczna wystawa sztuki nowoczesnej. Jak przystało na szanującą się wystawę sztuki nowoczesnej obrazy i rzeźby wzbudały głównie śmiech wśród odwiedzających. Wystawione dzieła sztuki są oczywiście do nabycia za odpowiednią kwotę.

Sztuka nowoczesna.

Przystanek autobusowy przy meczecie Ras Ruman (najbliższy muzeum) umiejscowiony jest pośród mniej nowoczesnej zabudowy i chociaż nowoczesne budynki górują nad tamtejszym nieboskłonem, oczekując na swój pojazd można się trochę pokręcić po wąskich uliczkach i poczuć pierwotnego ducha tego miejsca.

Bahrain stary i nowy.

Kolejnym przystankiem była Katedra Matki Boskiej Arabskiej. Powstała ona wysiłkiem wszystkich wierzących zamieszkujących bliskowschodnie kraje, zarówno te, w których można wyznawać wiarę Chrześcijańską, jak i tych w których jest to niemożliwe. Przez kilka lat wpłacalim składki na jej budowę, nie dziwi więc oczekiwanie jej ujrzenia. Niestety świąteczny rozkład autobusów miejskich, szczególnie poza środkiem miasta, gdzie położona jest katedra, która znajduje się w nastrojowej, niezwykle zielonej dzielnicy Awali, jest bardzo rzadki. Zatem, aby sprostać rozkładowi przewidzianemy na ten dzień, odwiedziny w katedrze trzeba było niestety zakończyć po 10 minutach. Wystarczyło na różaniec, ofiarę i wpis do księgi gości. Swoją drogą, w katedrze, mimo braku nabożeństwa, było bardzo wielu odwiedzających. Głownie z państw azjatyckich. Powrót autobusem do miasta pokazał różne jego oblicza. Jak napisano, pod katedrą było zielono, potem przyrodę zastąpiły budynki przemysłowe na wyspie Sitra, następnie dość ubogie dzielnice mieszkaniowe wyspy Nabih Saleh, aby szerokim, czteropasowym, dwujezdniowym mostem wjechać do Manamy – czyli obszaru stołecznego.

Katedra pw. Matki Boskiej Arabskiej
Przyjemnie tam ludzie mają tak zielono mieszkać.
Nabrzeża dzielnic przemysłowych.
Te miejskie autobusy też takie dla ludzi.

Kościół Najświęszego Serca, kolejny cel wycieczki, ukryty jest za wysokim murem z wyróżniającymi się barwą i lściącymi nowością drewnianymi drzwiami. Po przejściu przez nie ukazuje się obejście – otwarte, ale przykryte płótnem. Znajduje się tam wejście do głównego kościoła, sklep z dewocjonaliami, kaplice, biura parafialne a także wystawa, z której można się dowiedzieć, że parafia istnieje w tym miejscu już od 1939 roku i zawsze pozostaje w dobrych stosunkach ze społecznością państwa. Zdjęcia ukazują biskupów i proboszczy z miłościwie panującymi królestwem. 29. Czerwca jak wiadomo to święto, ponadto czwartek, a na bliskim wschodzie to przedsionek do piątku, czyli Niedzieli. Wypada więc uczestniczyć we Mszy, tym bardziej, że tak ciężko jest to zrobić w Królestwie Dwóch Meczetów. Podczas Mszy kościół, wcale nie taki skromny, był nabity a wierni stali też na zewnątrz (kościoła, ale jednak w obejściu). Znakomitą większość uczestników stanowili Hindusi, znacząco mniejszą Filipińczycy, białych można było policzyć na palcach jednej ręki. Może przyjść przemyślenie na temat przyszłości Chrześcijaństwa i obszarów jego rozwoju. Przy czym wycieczka krajoznawcza nie jest od głębokich przemyśleń, a od przeżywania wrażeń.

Kościół pw. Najświętszego Serca.

A wrażenie niesamowite i kolejne zaskoczenie kryło się tuż za rogiem. Aby, bowiem, odwiedzić kolejny cel (niestety już ostatni) należało przejść pieszo do dworca autobusowego (miejskiego). Droga do niego wiodła ciemnymi, odludnymi opłotkami, które bez żadnego ostrzeżenia przerodziły się w lśniącą gazowymi lampami pakistańską dzielnicę handlową. Niezwykle tłoczną i gwarną, która zdaje się ożywać po zmroku. Coś podobnego do okolic dworca PKS w Dżudżdzie, ale jakoś bardziej.

Niby takie opłotki….
a za rogiem Pakistan.

Ostatnim celem natomiast była, położona w bardzo nowoczesnej dzielnicy (kolejne oblicze Bahrainu, przypominające bardziej nowe wybudowania Madrytu, niż bliski wschód), portugalska warownia. Zbudowana XVI w. , w czasie krótkiego portugalskiego przewodnictwa nad wyspą. Co prawda wystawa jej poświęcona, umiejscowiona w nowo wybudowanym budynku była już nieczynna (czynna jest jedynie do godz. 20.00, natomiast kawiarnia na przeciwko, czynna ciągle była) – przy czym otwarta była brukowana ścieżka okalająca samą warownię. Warownia była pięknie oświetlona i podświetlona, natomiast ścieżka – mocno uczęsczana – ciemna, że oko wykol. Tworzyło to niesamowity nastrój, potęgowany przez ciszę powodowaną odległością od miejskich zabudowań. Dzięki temu można było podziwiać budowlę przy dźwiękach szumu morza, koników polnych i porykującego w pobliskiej zagrodzie wielbłąda. Ponadto patrzeć na warownię na tle oddalonych świateł miasta. Coś niesamowitego.

Niesamowita ta warownia była. Wrażenie takie, znaczy.

Niestety, po obejściu pozostało jedynie udanie się na dworzec PKSu, oklepanie torby i powrót do Królestwa Dwóch Meczetów. A jeszce w PKSie trafił się ubzdryngolony do nieprzytomniśći obywatel rzeczonego królestwa wracający z wypoczynku u sąsiadów (to jakby ktoś myślał, że muzułmanie nie piją – piją, ale tam gdzie Allah nie widzi, albo kiedy nie patrzy).

Jadziem nazad lebiatka…

Ponieważ teraz już nie sposób kupić mapy, a internet w Bahrajnie dostępny jest jedynie w autobusach miejskich (bezpłatny, znaczy) to nieocenioną pomocą okazał się taki program do telefonu „Bahrain Map Offline” – czy coś takiego. On pokazuje ulice i bieżące umiejscowienie bez potrzeby łączenia się z czymkolwiek. Także w jakimś stopniu poratował bardzo podczas tej wycieczki.

Marhaba alaa Rijad. ŁoBożesztymój…

Wpis czternasty – o przystankach niewidkach w Dammamie

Na koniec Ramadanu, to wszyscy czekają z utęsknieniem. No, przynajmniej obcokrajowcy. Właściwie, to ten cały Ramadan… No, może innym razem. Natomiast kiedy się kończy, to zawsze wpadają wolne dni, w tym roku cztery, właściwie pięć, bo jeszcze piątek się tak ustawił, że się dodał, a został wchłonięty, albo oddzielony, jak to zwykle bywa.

Co prawda, zakład pracy nasz kochany, no nie że przykazał, aczkolwiek wytworzył taki nastrój, że każden jeden wyrobnik odzczywał wewnętrzny przymus, żeby przynajmniej dwa z tych wolnych dni przepracować.

No, a jak już jest ten wolny dzień, to przeca nie będziem siedzieć w tej celi więziennej na pustyni, tylko wypada gdzieś się wynieść, najlepiej nad morze. A jak nad morze do jednak do Dammamu. Bo Dżudda to jednak oklepana i nie ma tam nic za bardzo, jak się piniędzy nie chce wydawać. No, w zeszłym roku był jeszcze wypad do Dżazanu, to nawet ciekawe, ale to będzie później opisane, bo ten…

A do Dammamu to można nawet pociągiem, tylko, że po sprawdzeniu, to wyszło, że wszystko pozajmywane, a wolne to są tylko dwa miejsca i tylko na powrót. Więc zostaje PKS, bo co prawda jest połączenie lotnicze, ale odpada. W takim samolocie to trzęsie i jest nieprzyjemnie, co to za przyjemność siedzieć w takiej puszcze, co to nie wiadomo, czy spadnie czy nie.

Autobus do Dammamu odchodził o 6. Czas przejazdu pięć i pół godziny. Wieczorny pociąg o 19.23. Jako cel obrana została plaża w Khobarze, odległość ok. 27km, z zamiarem przedostania się na nogach.

Od ostatniej wycieczki do Dżuddy przed dwoma laty (też była tutaj opisywana), na stołecznym dworcu PKSu zmieniło się niewiele. A jeśli już to na gorsze, chociaż, może też nie do końca, bo trochę się człowiek czuje jak na gdańskim dworcu PKS. To nawet dobrze, tak trochę bardziej swojsko jak w domu. A ustępy to już w ogóle jak żywcem wyjęte z Misia.

jeszcze ta woda, co się leje ze szlauchu….

no, niech kto powie, że to nie jest jak żywcem z PRLu…

Autobus to jest już w ogóle poezja. O ile podczas poprzedniej wycieczki jeszcze się jakoś trzymał, to teraz obraz nędzy i rozpaczy. Podobnie jak poprzednio  – panie z przodu, panowie z tyłu. Przy czym, ten autobus, Mercedesa, pięcioletni zaledwie – już się rozpada – i to dosłownie, bo z siedzeń poodrywane są rączki i stoliki. Oprócz tego wszystko oczywiśćie klei się z brudu. A bilet kosztuje 105 złocisza (miejscowego, ale to prawie to samo jak gdański), więc niewiele mniej od pociągu.

Proszę wsiadać. Tu kolega przygotowany, jak widać, Nawet sobie ma poduszeczkę.

Miejsce udało się szczęśliwie znaleźć na końcu i jedyne, gdzie obok było niezajęte, bo oczywiście autobus był pełem, wiadomo, wolne dni to każden jeden chce nad morze! Odjazd miał być o szóstej, ale nie był, bo przed samą szóstą pan kierowca se wyszedł na dworzec jeszcze spędzić kogośtam.

Pojawił się, nie wiadmo skąd,pan z wózkiem bagażu i kilkoma żonami, ale ponieważ nie udało ich się zmieścić, bo przecież już było pełno. Tak więc autobus niespiesznie wyruszył w drogę z piętnastominutowym opóźnieniem.

No to jadziem w drogę.

Pan kierowca uznał, że będzie świetnie jeśli zapuści islamskie modlitwy na cały regulator, więc przy takim akompaniamencie poruszaliśmy się przez pierwsze półtorej godziny, bo widocznie potem już mu się kaseta skończyła. I tak, bez większych wydarzeń, za wyjątkiem obowiązkowego przystanku na modlitwę, upłynęła podróż. Koniec końców, autobus przyjechał z godzinnym opóźnieniem.

postój modlitewny, oczywiście na CPNie. Na każdym CPEnie jest meczet.

Dworzec PKSu w Dammamie jest o niebo lepszy od Rijadzkiego, czy Dżudzzkiego. Jest czysto, jasno, przejrzyście, są nawet telewizory, na których można sobie pooglądać wiadomości. Kasy są i bufet. Cywilizancja. A pod dworcem, to już normalnie. Prywaciarze nawołujące pasażerów do swoich rozpadających się poniemieckich klekotów, którymi przewiozą taniej. Taryfiarze starający się naciągnąć dopiero co przybyłych podróżnych. Ale, jak miała być wycieczka piesza, to piesza. Czyli najpierw pierwszy etap do odległego o 2 km centrum handlowego, celem popodróżnego oporządzenia. Co prawda był ustęp na dworcu, czysty niczym łza dziewicza, ale kolejka była ogromna.

w porównianiu, to jest naprawdę fajna poczekalnia
choć z zewnątrz może wygladać mniej zachęcająco

Po drodze pierwsza jaskółka zmian – rzeźba statków na rondzie, taka jak była, co prawda, ale odmalowana i oczywiśćie ustawiony napis pod instagrama. Taka badziewna moda. W handlowym znudzony ochraniarz, znudzeni sprzedawcy i nieliczni kupujący. Nic ciekawego, a ponieważ zapasy wody są już w plecaku, nawet jeszcze częściowo zamrożone, to po krótkim obrządzeniu trzeba ruszać w dalszą drogę.

Celem był Al Khobar, jak wspomniano, oddalony od dworca PKS o dwadzieścia kilka kilometrów, pogoda była dobra – zaledwie trzydzieśći kilka stopni i wiatr, niestety ciało już nie te. Na skutek wcześcniejszych ogólnochorobowych ograniczeń, jak i zmiany miesca zakwaterowania na umiejscowienie uniemożliwiające piesze wyprawy, nieco od chodzenia odwykło. Okazało się to brzemienne w skutkach, choć o tym za chwilę.

Pierwszy odcinek był całkiem nie zły, bo to po chodniku. Obowiązkowe zdjęcie przy napisie „Welcome to Dammam”, spacerek wzdłuż przekopu portowego z jednej i bogatymi domami z drugiej strony. Co prawda trzeba było zmienić stronę, żeby nie nadziać się na te kundle wstrętne bezpańskie (sukę ze szczeniakiem), co by nie zjadły.

Welcome to Dammam ludziska z instagrama

Niestety, po czterdziestu pięciu minutach, trasa wymagała przejścia na drogę krajową, gdzie chodnika już nie było. Było za to pełno samochodów, które nad wyraz częśto zatrzymywały się w zamyśle podwiezienia (za piniędze). Ciężko tak ciągle odmawiać. Droga wiodła też wiaduktem nad torami. Ciekawe uczucie – iść boczkiem ekspresówką mijanym przez pędzące pojazdy uważając, żeby nie zostać uderzonym, no i żeby milicja nie złapała. Ale przynajmniej, można uwiecznił ładne widoczki.

Z góry to zawsze ładnie, nawet jak nie.

Podczas marszu, nad wyraz często przejeżdzały autobusy, zdecydowanie miejskie, bo wszyskie takie same i z cyfrą na przedzie i tyle. Przystanków co prawda ani widu ani słychu, ale zdawały się od czasu do czasu przestawać pośród nicości. Dziwne. No, ale skoro założeniem jest wyczecka piesza to brniemy, nie zważając na udogodnienia. Przy czym, wspomniane odwyknięcie od chodzenia dawało się coraz bardziej we znaki. Nie pomogła nawet mijana po drodze stacja benzynowa, bo mieli pepsi colę jedynie bez cukru, dziady jedne. Tak więc, odpoczywając na światłach, gdzieś na 17. Kilometrze poraz pierwszy pojawiła się wątpliwość. Akurat nadarzyła się też możłiwość skorzystania z tego pojazdu, ponieważ jeden się na rzeczonych światłach zatrzymał. Niestety, kierowca widząc wyciągniętą rękę z piątakiem zakazał wejśćia objasniając, że płatnośći należy dokonywać poprzez program z telefonu. No, tak nisko tośmy jeszcze nie upadli, żeby po telefonach płacić za przejazdy.

Zagadka – gdzie tu może być przystanek?

Mieszkańcy nie zdążyli się jeszcze oswoić z tym środkiem podróżowania po mieście, więc wewnątrz było ich niewielu, w większości zresztą byli to obcokrajowcy. Autobus, choć od kitajców, przyjemny i (jeszcze) czysty. A przejazd jednorazowy kosztuje czy sidemdzisiont pińć. Bez względu na odległość. Okazało się też, że ta sama karta, która używana jest w Rijadzie i Dżudżdzie upoważnia do przejazdów w Dammamie. By się wiedziało, by się wzięło.

A tak autobus wygląda w środku. Da się przeżyć. I nawet zasłonki są!

Pojawienie się przewozów miejskich jest niewątpliwie wielkim krokiem naprzód dla Dammamu, ale brak przejść dla pieszych na głównych drogach pokazuje jak wiele jest jeszcze do zrobienia. Bo jednak, człowiek czuje się nieco nieswojo dająć na skuśkę przez dziesięciopasmową ulicę, a tak należało zrobić, żeby dojść z przystanku na nadmorski bulwar.

W ogóle, to ludziom to się wydaje, że te mieszkańcy Królestwa Dwóch Meczetów to nic nie robią, tylko se siedzą po meczetach na dywanikach bez butów i tłuką te pokłony, albo jeżdżą się wysadzać po Europie. To w tym kraju, to to nie jest prawda. Chodzą w tych swoich strojach (bardzo pomagają, ze względu na pogodę), ale lubią se wyjść nad morze, posiedzieć na trawie, pogrillować, pograć w piłkę i porobić zdjęcia. Tak właśnie robili sobie ludzie na Khobarskim bulwarze nadmorskim. Widać też było wieżę wodną i nawet jakiś zakład zbiorowego żywienia przystrojony wzorem kaszubskim. Niestety, opóżnienie PKSu i długi marsz nie pozwoliły zbyt długo cieszyć się widokami.

Na plaży, na plaży fajnie jest!
Ciekawe, czy oni wiedzą, że to wzór kaszubski?

Co więcej, dziwna droga powrotnego autobusu (jechał okrężnie, a mimo to w środku była przystanek końcowy, który wymagał nowej opłaty za przejazd oraz piętnastominutowego oczekiwania) wymogła skorzystania z taryfy celem dostania się do dworca kolejowego. No tam to już Ameryka prawie że. Wygodna poczekalnia pierwszej klasy, kawka, herbatka – dla tych co piją. Dla normalnych woda. I jabłuszko. I ciastko, albo czekoladka. W tak pięknych okolicznościah przyjemnie oczekiwać na pociąg. Dworzec miał także świąteczne przystrojenie.

Tak się, kurde, oczekuje na pociąg!

W pociągu co prawda siedzenie było przy stoliku, na domiar złego w Hufufie wsiadł jakiś młodzian, któren usiadł naprzeciwko i jeszcze się rozłożył do spania, ale z uroczą miejscową na siedzeniu obok przynajmniej. Miejscowi zawsze ładnie pachną i używają drogich perfum.

Arabki to fejne białczi.

Podróż czystym, wygodnym pociągiem niewątpliwie bije na głowę dziadowski PKS. Cena – sto sidemdziesiąt pięć za pierwszą klasę.

I koniec wycieczki.

Wpis trzynasty – jak zostać Koreańczykiem – część druga (jeszcze nie ostatnia)

Po otrzymaniu wyniku i osiągnięciu powyżej 85 na 100 z pierwszego egzaminu, można przystąpić do egzaminu końcowego. To znaczy oczywiśćie po uprzednim przygotowaniu. Zakres obejmuje język (to oczywiste), ale także historię, prawo, gospodarkę, geografię (w tym festiwale w każdym województwie i mieście) i kilka innych rzeczy.

Dosyć szczegółowo znać należy na przykład prawo rodzinne, szczególnie zasady udzielania rozwodów, ich przebieg i konsekwencje. Jest to oczywiście związane z tym, że większość osób starających się o stały pobyt, bądź upaństwowienie stanową świeżo upieczone małżonki Koreańczyków. Małżonkowie też się zdarzają, jednak są to o wiele rzadsze przypadki. Tym bardziej, że rząd zachęca kobiety, np. z byłych republik radzieckich to małżeństwa ze swoimi obywatelami. Ma to związek z coraz niższym współczynnikiem małżeństw (szczególnie na wsi, no bo przecież nie po to Krycha jechała do miasta, kończyła szkoły i ledwo wiąże koniec z końcem stukająć szpileczkami po Gangnamie, żeby potem wychodzić za wsiura i gnić pośród przyrody, choćby nie wiem jak pięknej). Zresztą, jeżeli już Koreanki wychodzą za obcokrajowca, to przecież nie po to, żeby gnuśnieć na własnym gumnie, tylko, żeby zobaczyć szeroki świat i wyjechać do Ameryki, Anglii, Szwajcarii, Niemiec (vide małżonka kanclerza Schroedera, która to nawet będąc mężatką nie krygowała się zbytnio, kiedy tylko można było zapuścić sidła na „lepszą partię”).

Tak więc prawo rodzinne, oraz, oczywiśćie prawo pracy, bo kolejną zbiorowość przystępujących do egzaminu stanowią robotnicy przybywający z różnych krajów (jest o tym ciekawy film na tubie „귀화” się nazywa i polecam gorąco) . W związku z tym prawa przysługujące pracownikom a także urzędy tych praw broniące i jak z nich korzystać też są na tapecie.

Zresztą urzędów różnych wypada znać bardzo wiele, urząd ochrony praw człowieka, urząd ochrony gospodarczej, urząd pomocy prawnej, komisja wyborcza i jeszcze kilka by się znalazło.

Krótko mówiąc zakres jest na tyle szeroki, że przeciętny mieszkaniec kraju, gdyby wszedł z ulicy poległby sromotnie. Przy czym, na podobnym egzaminie przeprowadzanym w Polsce, też niewątpliwie poległoby wielu, no bo kto wie, na przykład, w jaki sposób uzyskuje się Polskie obywatelstwo?

Zapisy odbywają się w taki sam sposób jak przy pierwszym egzaminie. Dokładnie. Tym razem wypadło zdawać go w Czunczon. W poprzednim wpisie, było napisane, że w Łondziu nic nie ma. Teraz trzeba to odszczekać. Czunczon, mimo, że to miejsce o wiele bliższe Seulowi i nawet połączone z nim kolejką podmiejską, to dziura straszna. Podobno ma Legoland, ale co z tego, skoro po zmroku nie ma czego kupić do jedzenia, bo wszystko się zamyka.

Kurczę, ale piękny ten Czunczon…

Egzamin, co prawda jest jeden ale przeprowadzany w dwójnasób. Już przy zapisie należy wybrać, czy celem jego jest uzyskanie stałego pobytu, czy też upaństwowienie. Przy czym, żeby zdawać egzamin na upaństowienie, trzeba albo ukończyć całe szkolenie, albo uprzednio złożyć podanie o upaństwowienie, które uprawni do zapisu na rzeczony egzamin; jednak, aby wystąpić o upaństwowienie, należy uprzednio legitymować się stałym pobytem, który można uzyskać po zdaniu stosownego egzaminu.

Architektura powala normalnie.

Z tej właśnie przyczyny uczestników podzielono według dwóch spisów – tych co na stały pobyt i tych co na upaństwowienie. Spisy ułożono w kolejności daty urodzenia (numeru PESEL właściwie). Tu kolejne zaskoczenie. Podczas gdy średnia wieku przystępujących do poprzedniego egzaminu była dosyć wysoka (gdzieś tak ok. 45-50 lat  sądząć na oko), tak tutaj znakomitą większość stanowiły dwudziesto, trzydiestolatki. Przede wszystkim z Wietnamu, Nepalu, Syjamu, właściwie, drugiego białego człowieka nie było. Ujawniła się też inna prawidłowość. Jedną z niedogodności napotykanych podczas pracy w gabinetach wielkich przedsiębiorstw jest  konieczność rozmawiania ze wszystkimi w języku angielskim. Takie jest oczekiwanie osób tam pracujących. „Białas mówi po angielsku, my z nim rozmawiamy i się uczymy.  A sami między sobą rozmawiamy po swojemu, żeby się odszczepienieć nie połapał, czemu go uszy szczypią.”  Takie nastawienie znacząco utrudnia nauczenie się języka. Przy czym chęć nauczenia się mowy Jankesów (bo nie języka Królowej, ale to wina okupacji) jest u tubylców tak wysoka, że potrafią nawet podejść na ulicy i zacząć rozmowę. Z ciekawośći, uprzejmośći, chęci wyróżnienia się. (Teraz się to zmienia, co prawda, bo napływowych jest coraz więcej, głównie dlatego, że brak rąk do pracy i dobierają z republik radzieckich do zbierania truskawek.)

Se lampek ponawywieszali, i na co to, jak wszystko pozamykane. W piątek. O dziewiątej wieczór. By pogasili, to chociaż na prądzie by przyoszczędzili…

Natomiast, przybysze z Uzbekistanów, Nepali, Bandladeszów, Syjamów i in., którzy pracują na budowie, w fabryce między ludźmi znającymi język swój ojczysty – i już, od samego początku skazani są na konieczność rozmawiania w języku koreańskim. Tak więc, kiedy dla osób pracujących jak wyżej, rozmowa po koreańsku w ogóle jest zjawiskiem niezwykle egzotycznym, tak dla nich, jeśli są w zbiorowisku osób przybyłych z różnych krajów, koreański jest najprostszym sposobem wzajemnego porozumienia. Jest to oczywiście bardzo dobre i pomaga we wtopieniu się. I można to było podczas egzaminu, a właściwie podczas oczekiwania na otwarcie wejścia, dobrze zobaczyć.

Sam egzamin składał się z trzech części – wyboru, pisemnej i ustnej. Część wyboru sprawdzała szeroką wiedzę oraz słownictwo (50 minut), część pisemna polegała na skleceniu wypracowania na wybrany temat (w tym przypadku, trzeba było opisać wypadek, w którym się uczestniczyło – 10 minut).

Po tym następowała część ustna.

Część ustną zdawało się dwójkami. Zawsze to lepiej niż w piątce. Schemat podobny, jak poprzednio. Dwójka odpytujących i po pytaniu od każdej. Pytań pięć, dwa odnośnie akapitu z kartki, trzy kolejne już nie, tylko poziom trudnośći inny.

Wyniki można zobaczyć na stronie już po tygodniu.

Osoby, które pomyślnie zaliczyły egzamin, mogą przedłożyć wynik (ważny oczywiście przez dwa lata)  wraz z zaświadczeniem o niekaralności wystawionym w kraju pochodzenia, zaświadczeniem o dochodach oraz zatrudnieniu a także z paszportem i kennkartą oraz wypełnionym wnioskiem. Z tym wszystkim należy udać się do urzędu ds. Wjazdów, wyjazdów i cudzoziemców i złożyć podanie oraz wnieść stosowną opłatę.

Po rozpatrzeniu wniosku uzyskujemy stały pobyt w Korei, który mimo, że jest stały wymaga przedłużenia co 10 lat. Po upływie trzech lat od uzyskania stałego pobytu, osoby cieszące się tym przywilejem mogą głosować w wyborach samorządowych. To jeden z przywilejów.

Wpis dwunasty,  o tym jak zostać Koreańczykiem – część pierwsza.

Wpis dwunasty,  o tym jak zostać Koreańczykiem – część pierwsza.

Kto wie, może się to komuś przyda, jak się przyda to dobrze, a jak się nie przyda, to też dobrze, przynajmniej jest o czym napisać i dać upust swojemu zamiłowaniu do grafomaństwa.

W zamierzchłych czasach, na krótko przed początkiem XXI w. rozpoczynając jako człowiek młody (nieletni) i nieobyty samotne jestestwo w Wielkiej Brytanii i zbieranie pieczątek w paszporcie z orzełkiem, schronienia udzielała mi znajoma z podobnym paszportem, zamężna z niezwykle uprzejmym Hiszpanem. Skarżyli się oni wówczas, że małżonka, nie będąc mieszkanką Jeworpskiego Sojuza za każdym razem oddzielana jest od męża podczas odprawcy paszportowej przy wjeździe.

Zmieniło się to znacząco po 2004 roku powodując znaczny wzrost wartości polskiego paszportu i napływu rodaków na wyspy. W owym czasie co bardziej przedsiębiorcze rodaczki zaczęły wstępować (za odpowiednią opłatą) i tymczasowe związki małżeśnkie najczęściej z przybyszami z  bliskiego wschodu, pozwalając im na uprawomocnienie ich pobytu. Małżeństwo, zgodnie z zamierzeniem, nierzadko spisanym wstępnie na umowie, rozpadało się, prawo do pobytu natomiast, zgodnie z prawodawstwem związku państw na Starym Kontynencie pozostawało. Pozostaje zapewne do dzisiaj

Dlaczego wpomina się o tym na początku opisu poświęconemu dalekowschodniemu krajowi. Ano, aby rozwiać płonne nadzieje, że podobny zabieg znajdzie tam zastosowanie. Istnieje co prawda wiza dla małżeństw (F-2-6), jednakże jest ona przyznawana jedynie na okres dwóch lat i wymaga odnowienia. Ponadto, jej ważność ustaje z dniem unieważnienia małżeństwa wyrokiem sądowym (chyba, że rozwód nastąpił z wyłącznej, bądź głównej winy koreańskiego współmałżonka; wtedy przyznaje się prawo pozostania w kraju). Chociaż posiadanie współmałżonka znacząco upraszcza nabywanie obywatelstwa, ale o tym później.

Co więcej, nawet osoby urodzone w Korei nie uzyskują jej obywatelstwa, jeśli rodzice takowego nie posiadają. Nie dotyczy bezpaństwowców.

W Korei istnieje w ogóle cała mnogość wiz dla różnego typu cudzoziemców nadających różne przywileje i posiadające różne ograniczenia. Zainteresowanych wypada odesłać do stron Ministerstwa Sprawiedliwości.

Oczywiście odwiedzić można na 90 dni bez szczególnej wizy, po tym okresie należy jednak zarejestrować pobyt. Wiele osób stosuje wybieg w postaci krótkiego wyjazdu za granicę  (np. do Japonii, bo blisko, tanio i ciekawie) i po powrocie rozpoczęcia nowego dziewięćdziesięciodniowego pobytu. Na dłuższą mętę, skuteczność takiego rozwiązanie pozostaje jednak pod znakiem zapytania.

Najszybszym sposobem uzyskania pobytu stałego jest zakup mieszkania. Wyznaczone są obszary, w których miesznkania przeznaczone są do zakupu przez cudzoziemców (być może po to, żeby nie szwędali się po reszcie kraju) i zakup mieszkania w tych wyznaczonych obszarach (np. niedaleko lotniska w Inczon, czy też na wyspie Czedżu), w kwocie powyżej ustalonej w ustawie (obecnie jest to pół miliona dolarów), spowoduje przyznanie wizy F-5 na stały pobyt. Cudzoziemcy mogą oczywiście nabywać mieszkania w całym kraju, jednak zakup poza wyznaczonym obszarem nie zaowocuje zmianą w prawie pobytu.

Można też zainwestować. Jeśli zainwestuje się kwotę wyższą od przewidzianej w ustawie, uzyskuje się wizę D-1.

Ja przybyłem do Korei w 2012 roku z wizą E-7 załatwioną przez pracodawcę. Najczęściej przybywa się z jakąś wizą z rodzaju E (dla szczególnych zawodów), wzdlęgnie D-2 dla uczących się. Przy czym, szkoły językowe nie pomagają w załatwianiu wizy D-2, aby ją utrzymać należy zostać przyjętym na studia dzienne przez jeden z tamtejszych uniwersytetów. Obydwie wymagają corocznego przedłużania.

Po kilku latach mieszkania w tym pięknym kraju zacząłem interesować się możliwością uzyskania pobytu stałego, względnie obywatelstwa. Jednym z warunków jest przemieszkanie tam pięciu lat, kolejnym (wówczas było) zdanie egzamina z języka, tzw. TOPIKa na poziom powyżej 3. z sześciu. 

Do egzaminu przystąpiłem w 2017 roku i udało mi się uzyskać 4. poziom. Radośnie udałem się więc do urzędu ds. cudzoziemców, gdzie niestety powiadomiono mnie, że do wymaganego pięcioletniego okresu zamieszkania nie wlicza się wyjazdów dłuższych niż trzy miesiące. Niestety, w związku z pracą w Arabii Saudyjskiej te nieobecności były o wiele dłuższe. Szczęścliwie zdany egzamin upoważniał mnie do ubiegania się o tzw. długi pobyt, czyli wizę F-2-7. Ta jest ważna pięc lat, upoważnia do podejmowania pracy oraz przebywania w Korei bez pracy (aby przedłużyć wizę typu „E” każdorazowo potrzebne jest zaświadczenie o pracy wydane przez pracodawcę, tzw. 재직 증명서, ponadto traci ona ważność z chwilą ustania stosunku pracy).

F-2-7 przyznawana jest na podstawie uzyskanych punktów. Jest minimalna ich liczba która upoważnia do uzyskania wizy. Punkty uzyskuje się za wiek (bodajże w wielku 30-tu lub 35-ciu lat przyznawana jest maksymalna ilość, powyżej tego wieku ilość się zmniejsza), za wysokość dochodów, za wysokość odprowadzanych podatków, wyształcenie. Uczestnictwo w programie KIIP (o tym za chwilę) również daje dużą liczbę dodatnich punktów. Ujemne punkty uzyskuje się np. za konflikty z prawem, takie jak wykroczenia drogowe, czy też zakłócanie porządku (o poważniejszych nie wspominając).

Podanie z załącznikami składa się w urzędzie ds. wjazdów, wyjazdów i cudzoziemców. W Seulu rozpatrzenie podania zajmuje ponad miesiąc, u nas na wiosce rozpatrzono je bodajże w dwa dni.

Warto dodać, że w Korei ważność każdego egzaminu (np. tego TOPIKa) wynosi dwa lata. Po upływie tego czasu należy ponownie do niego przystępować.

Gdzieś pomiędzy 2019, a 2020 rokiem nastąpiła zmiana w przepisach i w miejsce TOPIKa wprowadzono obowiązek uzyskania świadectwa zdanego egzaminu końcowego KIIP jako warunek uzyskania stałego pobytu, lub obywatelstwa.

KIIP to pięcioetapowe (przy czym piąty etap składa się z dwóch części) bezpłatne szkolenie przeznaczone dla cudzociemców, którzy chcą osiedlić się na stałe, bądź na dłuższy czas w Korei. Szkolenie obejmuje język, a także dosyć dokładne wiadomości o historii, geografii, uwarunkowaniach społecznych, politycznych a także o możliwościach uzyskania wsparcia dla cudzoziemców, kobiet i dzieci (uczestnikami szkolenia w przeważającej większości są małżonki Koreańczyków pochodzące z zza granicy, np. Filipin, Syjamu, czy Wietnamu, a także komunistycznych, tzw. Chin), emerytalnych itp.

Szkolenie składa się z pięciu poziomów, jednak przed rozpoczęciem naleźy przystąpić do egzaminu diagnostycznego. Uzyskanie powyżej 85 punktów na sto możliwych upoważnia do ominięcia szkolenia i przystąpienia od razu do końcowego egzaminu.

Egzamin odbywa się w kilku wybranych miejscowościach (co ciekawe, nie ma wśród nich Seulu) i wymaga uprzedniego zarejestrowania na stronie http://www.kiiptest.org. Liczba miejsc jest ograniczona i podzielona na cudzoziemców z koreańskim pochodzeniem i tych bez. Dużo więcej miejsc przeznaczono dla tych pierwszych.

W zeszłym roku egzaminy przekładano kilkakrotnie, mnie udało się uzyskać miejsce we wrześniu, tylko po to, żeby po przyjeździe do Korei i odbyciu obowiązkowego odosobnienia dowiedzieć się, że egzamin odwołano.

Kolejny termin udało się uzyskać dopiero w marcu br. W Łondziu. To okropne miejsce. Nie dość, że nie ma tam nic ciekawego, to jeszcze jest tak zakurzone, że po lekkim deszczu samochód był cały czarny.

Egzamin wyznaczony był na godzinę dwunastą, przed tem należało umyć auto, a więc po drodze odwiedziłem jeszcze myjnię przy stacji benzynowej. Tam biedna pracownica uwijała się między nalewaniem paliwa a nasmarowywaniem samochodów przeznaczonych do mycia. Trochę to trwało, ale taka biedna była ta kobieta, że nie miałem serca jej poganiać. Zreszta i tak przed salą egzaminacyjną byłem kwadrans po jedenastej.

Zapisy odbywały się dopiero od wpół-do dwunastej. Przy zapisach należało przedłożyć kennkartę a także oddać do przechowania wszelkie urządzenia elektroniczne. Żeby nie ściągać. Stroje uczestników były różne, to takie nieco zastanawiające. Od wytartych dresów, przez dżinsy i koszulki, po garsonki (czy jak tam się nazywają te garnitury, co to je białki noszą) i garnitury (niżej podpisany).

Egzamin składał się z dwóch części – pisemnej i ustnej. Część pisemną zdaje się w sali, przy pojedyńczych ławkach, między którymi są znaczące odstępy, a mimo tego, test jest podzielony na grupy.   Od chwili rozpoczęcia egzaminu, do jego zakończenia nie można Sali opuszczać, choćby się waliło i paliło. Nie ma, że „chcę do łazienki”, albo „już skończyłem”, czy cóś takie. Na tyłku trzeba siedzieć i już.

Dlatego też, wpuszczają do pół godziny przed egzaminem, żeby się usadzić, wyłazienkować, a także wypełnić swoje danie na arkuszu pytań i karcie odpowiedzi (jest taka kartka, gdzie się zaznacza kropami odpowiedzi, co by ich komputer potem rozczytał, nawet taki pisak dają, co to im trzeba pisać, własnym nie można).

Część ustną zdaje się piątkami. Znaczy się pięć osób wchodzi jednocześnie do sali i odpowiada na pytania dwójki egzaminatorów.  To bardzo nieprzyjemne doświadczenie. Szczególnie na egzamnie, na który przychodzą osoby o różnym poziomie znajomości języka i widząc wysoki poziom osoby obok, niewątpliwie bardziej przejmą się swoimi potknięciami. Pytań jest w każdym razie pięć dla każdego z przystępujących do egzaminu. Jednym z nich jest polecenie przeczytania akapitu z kartki, dwa kolejne dotyczą tego, co na kartce zapisano, a dwa kolejne nie są z nim związane.

A na swoją kolejność trzeba czekać. Siedzi się i czeka, czasem nawet dwie godziny. No i wyjść można co najwyżej do ustępu, a i to z obstawą.

A wyniki są wyświetlane na stronie (tej samej, na której są robione zapisy) po dwóch tygodniach.  

wpis jedenasty

O tym jak się kupuje zegarki w XXI w.

Bo jednak ma się w większości te stare przyzwyczajenia, że wchodzi się do sklepu z zegarkami, na przykład, prosi się o zegarek, sprzedawcę o poradę ewentualnie, płaci, dostaje resztę i wychodzi. Są takie sklepy, ale okazuje się, że to teraz rzadkość. W XXI w. Nawet zakupy muszą być „niezapomnianym przeżyciem”, a to czy dobrym, czy nie do końca, wydaje się mniej istotne.

Koleżance, powiedzmy bliższej, zbliżała się rocznica urodzin.  Z tej przyczyny udało sie zorganizować spoktanie we dwoje, na którym nie wypadało pojawiać się z pustymi rękoma. Koleżanka niestety nie gustuje w biżuterii, a w wynalazkach różnistych z pod znaku nadgryzionego jabłka. Wydawało się zatem, że zakup zegarka, który mógłby zostać sprzężony z tożsamym urządzeniem nadawczo odbiorczym, będzie stosunkowo łatwy i stosunkowo udany. Jakże złudne było to przeświadczenie.

Kiedy ze względu na różne zaplanowane na ten dzień zobowiązania pozostały niecałe trzy godziny do rzeczonego spotkania, najoczywistszym wydawał się zakup podarku w miejscu   o dużym natężeniu urządzeń elektronicznych. Są takie wspaniale domy towarowe w Seulu pod nazwą „Techno Mart” . Nie są to wcale wydumane, ociekające złotem pałace z marmurowymi posadzkami, jak Shinsaege, czy Hyundai. Nic z tych rzeczy, to zwykłe kupieckie domy towarowe, coś jak d.t. Chylonia przy skrzyżowaniu Kartuskiej z dawną Czerwonych Kosynierów (jeśli jescze jest czynny), albo hala targowa. Po prostu kupcy wynajmują tam stoiska i sprzedają produkty, a każde piętro stanowi oddzielny dział – ubrania, markowe ubrania, meble, fotografia i AV, elektronika, jest też piętro z jadłodajniami, a na szczycie znajduje się kino. No i oczywiście jest też całe piętro poświęcone telefonom komórkowym i ich oprzyrządowaniu.

Niestety, o ile telefonów od na ćwierć zjedzonej antonówki było tam zatrzęsienie, tak zegarków brak absolutny, choć było mnóstwo podobnych wyrobów ich największego przeciwnika. Być może to wyraz przywiązania do rodzimych produktów ze strony sprzedawców. Nic straconego. Oprócz czasu.

Szczęścliwie, zaledwie kilkanaście minut jazdy dalej znajdował sie miejscowy media markiet, gdzie zegarek owszem był, ale męski. Damski to za miesiąc. Najwcześniej.

Łooo panie. Nie może przecież być tak, że w całym Seulu nie ma jabłkowego damskiego zegarka. Tak zaingadowany telefon wskazał fabryczny sklep umiejscowiony w głównym ośrodku IFC mall, czyli wielkiej galerii handlowej, umiejscowionej w rządowej dzielnicy, przeznaczonej dla tych, co to albo maja za dużo pieniędzy, albo chcą pokazać, że mają za dużo pieniędzy, albo dla jednych i drugich.

Jest to jedno z tych miejsc położonych w głównych częściach wielkich miast, co to do nich ani dojechać (bo otoczone są układem dróg jednokierunkowych), ani postawić gabloty nie ma gdzie. Oczywiście, mieszkańcom to dobrze, bo se dojadą, czy to kolejką podziemną, czy to jakim innym środkiem transportu zbiorowego, ale jak już ktoś dojeżdża 200km z wiochy (choćby najbardziej malowniczej), to już się robi zagadnienie.

Szczęśliwie, wokół starego lotniska, przeroboionego na park, znalazło się płatne (nie za drogo) miejsce, więc choć została już tylko godzinka, to chyc przez park, chyc przez przejście, w lewo, w prawo kawałek prosto, ucieczka spod kół jakiegoś bentleya wyjeżdżającego z parkingu i już galeria. Za drzwiami, jeszcze piętnaście minut na rozpracowanie rzutu piętra i można szukać i znależć żądan sklep.

A tam panie, jak w ulu. Ludzi mrowie i wszyscy bzyczą przy gablotach, a tam zegarki, telefony długopisy i różne takie ustrojstwa i wszystkie z jabłuszkiem. A ludzie i młode, i stare i z dziećmi. I jeszcze te sprzedawcy, też jak dzieci, latają ubrane w te koszulki, jakby śmieci wyszli wyrzucić, a nie do roboty. Nie wiem, kto to wymyśla naprawdę i jeszcze się cieszy, że to takie „współczesne” i „niepretensjonalne”.

I podchodzi taki chłoptaś z ekranikiem, co to brudny jest od paluchów jego i wszystkich jego klientów, i pyta. No prosta odpowiedź „ proszę zegarek dla kobiety, taki co się waszym klientkom najbardziej podoba, co go najwięcej biorą”. Oczywiście odpowiedź padła w nadziej, że cały zakup nie zajmie więcej niż pięć minut, no może siedem, jak sprzedawca będzie nieogarnięty.

A on, że on będzie dobierać. I podtyka ten ekranik, że mają to i tamto i siamto i że tutaj wieś tańczy, a tutaj sioło śpiewa.

„Panie, człowieku młody, ja że się nie wyznaje na tym, co Pan do mnie rozmawiasz. Daj Pan ZEGAREK DAMSKI, co ich najwięcej baby biero.”

„No tak, ale to dobrać trzeba, tu na ekraniku, jest taki i siaki i owaki i ma to i tamto i siamto.”

I tak w koło Macieju. Zupełny brak jakiejkolwiek nici porozumienia. Jakby z różnych planet. Jakby w różnych językach. To się chyba nazywa „różnicą pokoleniową”…

W końcu jakiś kierownik się zlitował i podmienił na nieco bardziej kumatą babeczkę, która pokazała zegarki damskie (jakiż to wielki krok do przodu!). Paletę kolorów (no, ale wiadomo, że jak dla dziewczynki to biały), poradziła jakie mają paski (okazuje się, że nie tylko skórzane, bo jeszcze silikonowe i plastikowe, ciekawe po co takie mają…) i wreszcie niby już był uzbierany ten zegarek, ale jeszcze trzeba było w jej telefon wpisać coś po coś i dopiero można było zapłacić, poczekać, dostać i wreszcze WYJŚĆ z tego ula.

Koniec końców złożyło się szczęścliwie, bo koleżance przedłużyło się w robocie a zegarek się spodobał.

Ale następnym razem trzeba będzie pójść do normalnego zegarmistrza.

wpis dziesiąty

Sprawa z przed ponad miesiąca. Zdarzenie prawdziwe, choć zadziwiające.

Zwykły roboczy dzień, wchodzi inżynier Mohammed S. Syryjczyk, dobry człowiek i doskonały inżynier, może czasami opryskliwy i brzydko pachnie (chociaż znacząco się poprawiło od czasu kiedy, jakieś trzy lata temu ożenił się i urodziła mu się córeczka), ale człowiek niezwykle sumienny i znający swój fach. Człowiek, swoją drogą, bardzo ostatnio doświadczony, bo nie dość, że dwukrotnie przechodził chińską grypę, to jeszcze ujawnił mu sie odczyn poszczepienny w postaci zaczopowania żyły.

Przychodzi więc inżynier Mohammed S.:

– Panie P., takie pytanie osobiste.

– Pan pyta śmiało.

– Bo… czy granica Polski z Białorusią jest dobrze strzeżona?

– No tak, teraz jest duża afera pewno Pan słyszał, więc poświęca się temu szczególnie dużo uwagi.

– Tak, tak, no bo mój brat mówił, że teraz można tak się przedostać do Niemiec, że leci się do Białorusi i potem przez granicę z Polską przeprowadzają i potem dalej. Nie, żeby zostawać w Polsce, tylko, żeby dalej się przedostać na zachód. Podobno tak sporo ludzi robi.

– No wie Pan, teraz mówią, że to ostro pilnują, więc wygląda na to, że to nie jest najlepszy pomysł.

– No, tak, tak, dziękuję w każdym razie.

Poszedł. A zdziwienie zostało.