Wpis siedemnasty, o tym, że nie wszystkie Arabki są chętne i miłe.

A wszystko zaczęło się od tego, że trzeba było pojechać na odbiór dźwigu do Dżuddy, to znaczy nie nawet, żeby dźwigu, tylko takiej ciężarówki, co to ma kosz co to na nim można jechać w górę i w górę. Na czterdzieści metrów, Panie. To od samego patrzenia jak ktoś tam siedzi to się w głowie kręci. Jeszcze jak tym zatrzęsie. Chociaż to nie po kolei.

Bo oczywiście trzeba zacząć od przyjazdu na dworzec lotniczy. Krajowy. Bo w Rijadzie są oddzielnie, ten krajowy otwarty w 2016. roku, to taki średni jest. Znaczy ładny i czysty i wodę można też wnieść, ale osoby które na nim pracują, jakby mają świadomość, że są „tymi gorszymi”. Znaczy w porównaniu, od tych co robią na międzynarodowym. Więc też się im jakby mniej chce. Wejściówek nie wydrukują, bo po co, jak się ma już na kartce, na połączenie nie odprawią, bo można na kolejnym lotnisku, itp. Poczekalnia ujdzie, choć, w porównaniu na przykład do lotniska międzynarodowego, nie ma urządzenia sprzedającego tanią wodę po 2 zł. Na szczęście, można ją, jak i inne napoje, zabrać z domu.

Poczekać też można sobie całkiem po ludzku.

Ponieważ Królestwo Dwóch Meczetów powierzchnię ma znaczącą (np. z Dżuddy, do Rijadu jest dalej niż z Gdańska do Krakowa), sieć drogową zaś znikomą, a o kolejowej nie ma co wspominać, więc lotnictwo jest głównym sposobem przemieszczania się pomiędzy głównymi ośrodkami, zarówno w celach służbowych, jak i osobistych. Nie dziwi zatem, że samoloty w to samo miejsce (choć różnych przewoźników) odlatują w odstępach kilkuminutowych.

Poranny samolot do Dżuddy był duży, ale francuski (A330). Taki toporny w porównaniu do B787 np. Jednak te amerykańskie, to nawet jak nimi rzuca, to jakoś bardziej miękko. Ten francuski to telepał równo i bez pardonu. Niemniej po półtora godzinie przyjechał na miejsce. Zgodnie z rozkładem.

Jednak z głębi kraju do Dżuddy to lepiej się naziemnie przemieszczać, bo jak się wyjdzie z tych sztucznie chłodzonych zamkniętych przestrzeni na Boży świat, to uderza ten nadmorski zaduch mocno. W PKSie to idzie się jednak przyzwyczaić w miarę stopniowego pokonywania drogi.

A skoro o PKSach mowa, to Dżudda dla wielu (Muzułmanów) jest bramą do Mekki, z racji niewielkiej odległości. To na ten dworzec lotniczy przybywa większość pielgrzymów (na golasa, okrytych jedynie ręcznikami), aby przesiąść się na autobus, który dowiezie ich do celu ich pielgrzymki.

Nic to Baśka, podwykonawca wynajął gablotę, wsiedlim i pojechalim do fabryki. Jeszcze nam czapeczki porozdawali od słońca, coby nas nie popaliło. A słoneczko świeciło pięknie i ani jednej chmurki na niebie.

Ponieważ sprawdzanie zajęło niewiele ponad pół dnia, a powrót był wieczorem, to pojechalim nad morze. Czerwone.  Nad morzem zmieniło się od ostatniego razu (opisanego w ósmym wpisie), miejsca, które wtedy były udostępnione spacerowiczom są w przebudowie, a to co było przebudowywane – zakończono i oddano do użytku. Na końcu nadmorskiej drogi zaś, krótko przez torem wyścigowym, powstał nadmorski deptak ze ścieżkami rowerowymi. Można tam spotkać mnóstwo ludzi – spacerują, biegają, jeżdżą rowerami – w strojach swoich i zachodnich, w chustach i w czapkach z daszkiem. Niesamowite uczucie i do niedawna niestpotykane. A to wszystko upstrzone palmami z falującym morzem w tle.

Dworzec lotniczy w Dżudżdie też robi wrażenie (nie tylko tym, że nie ma desek na muszlach w ustępach). Mimo tego, że otwarto je ładnych parę lat temu, jest wciąż czyste i eleganckie. Dostosowane oświetlenie łagodnie dopełnia rzeźbionych płytek stalowych, czy tam gipsowych. Jest też przestronne i wygodnie. Dużo jest ustępów (no, bez desek) w których zawsze jest jakiś czyściciel, jest gdzie usiąść i internet jest nawet. Ale książki to drogo sprzedają, na przykład. (Oczywiście o napojach nie trzeba wspominać, bo te można wziąć ze sobą z zewnątrz).

Pasażerów na powrotny lot było wielu. Najprawdopodobniej było to za przyczyną święta narodowego, które skońcyło się dzień wcześniej. Samolot był więc zapełniony. W większości przez miejscowe niewiasty czarujące paletą barw swoich strojów. Miejsce obok, jak się okazało przypadło również miejscowej białce, która przywdziała czarny strój przesłaniający twarz. Nic szczególnego. Jednakowoż dziewczę owo, widząc na sąsiednim miejscu zagranicznego współpasażera wzdrygnęło się z przerażeniem, a następnie drżącym głosem poprosiło roznosicielkę o zmianę przydzielonego miejsca. Roznosicielka w odpowiedzi powiadomiła o braku wolnych miejsc i konieczności zajęcia miejsca wyznaczonego. Z braku wyjścia przerażone dziewczę usiadło, a następnie starało się jednocześnie zespolić ze ścianą i zasłaniać się rękoma, jeszcze się przy tym trzęsąc ze strachu. Nie pozostawało zrobić nic innego, jak tylko poprosić pasażerkę siedzącą po przeciwnej stronie korytarza, o zamianę. Inaczej ta biedna zaputana białka, jeszcze by jakichś palpitacji podniebiosy by dostała, albo co gorszego od ojca lub męża po powrocie. Na szczęście się zgodziła i reszta podróży upłynęła bez przygód. Nawet nie rzucało.

Samolot był pełen.

Koleżanka z pracy (też miejscowa) wyjaśniła, że są w kraju niewiasty, którym nieswojo jest przebywać w pobliżu mężczyzn. Zarówno obcych jak i rodaków. Nie są do tego przyzwyczajone i już. Nawet idzie to zrozumieć. Może więc niepotrzebnie polikwidowano oddzielne przestrzenie dla kobiet w lokalach, pociągach i innych miejscach. W Japonii też takie są. Zresztą, nawet Arabki, które bez kłopotu randkują, czy spotykają się lub po prostu rozmawiają z chłopami też mówią, że lepiej im było jak miały tę przestrzeń dla siebie i jak ich pierwsze obsługiwano w kolejce…

PS. Jeszcze zrobilim filma, ale że nikt nie patrzy to też tu napisze, może ktoś zobaczy…

Dodaj komentarz