Wpis piętnasty o zagranicznej podróży arabskim PKSem

Kalendarz islamski, który rozpoczyna się od roku 622, czyli od przeniesienia się Mahometa z Mekki do Medyny, a ponieważ oparty jest na obiegu księżyca, nie słońca, w związku z tym jest o 11 dni krótszy od zwykłego kalendarza. A ponieważ jest krótszy, więc święta tkwią w ciągłym ruchu i wolne dni, które w zeszłym roku wypadały w lipcu w kolejnym roku wypadną w czerwcu, a w następnym…

O tym kalendarzu, między innymi, można dowiedzieć się z Muzeum Narodowego Bahrajnu, a wybrać tam można się ze stolicy Królestwa Dwóch Meczetów PKSem. Z przesiadką. Możnaby też było pociągiem z przesiadką na PKS, ale niestety w święta wszystkie bilety wyprzedane, a jakby tego było mało to jeszcze organiczyli rozkład. Tymczasem, ponieważ PKSy w Krolestwie Dwóch Meczetów są brudne, wstrętne, popsute, ciasne, powolne i wcale nie tanie – to miejsca są.

Tym razem podstawiono kitajski autobus „King Long”, równie obrzydliwy.

Pierwszy odcinek – Rijad – Dammam można pokonać dowolnym autobusem, byleby zdążyć na przesiadkę w Dammamie o godz. 8. Rano. O warunkach podróży i walorach dworca w stolicy pisano tutaj już niemało. Nie warto się powtarzać.

Rijadzki dworzec PKS obleśny jak zawsze,

PKS wyjeżdżający ze stolicy o 22.00 przyjeżdża do celu o 4. rano. Poranna przechadzka nadmorskim bulwarem (bo przecież nie warto siedzieć czterech godzin na dworcu) przyniosła pierwsze zaskoczenie. Otóż bulwar o tej wczesnej porze był pełen ludzi. Zarówno miejscowych, którzy wraz z rodzinami grali w piłkę, siedzieli sobie na trawie zajadająć różne przypisane tym świętom smakołyki – jak i przyjezdnych, którzy spacerowali po kilka osób wzdłuż nabrzeża robiąc wiele zdjęć. A także arabska młodzież, jakieśtam dziewczęta, ukradkiem rozpięte z tych swoich zaputań i nieśmiało popalające papierosy z dala od wścibskich oczu. Ponadto liczne kocie rodziny wylegujące się na ciepłych kamieniach patrzących na ich psocące kocięta.

Dammam baj najt gut?

Wraz z wschodzącym słońcem z trawników znikają plażowicze odsłaniając nagromadzone góry śmieci. Pozostają wędkarze próbujący wyłowić z brudnej wody zatoki perskiej (zwanej tutaj „zatoką arabską”) co lepsze okazy za pomocą żyłki z hakiem naprędce przymocowanej do znalezionego na poczekaniu patyka. Dołączają do nich poszukiwacze krabów lub muszli, podnoszący morskie kamienie i zbierający łup do obciętych butelek po napojach.

Wschodzące słońce oświetla zatokę.
Frutti di Mare po arabsku.
Bałagan paskudny pozostał po plażowiczach…

Świecące wysoko słońce, to także znak, że pora wracać na dworzec PKSu. Wedle zaleceń na bilecie przy połączeniach międzynarodowych należy oczekiwać od dwóch godzin przed odjazdem. Między innymi celem pobrania naklepki na bagaż z nazwiskiem pasażera. Przyda się ona na granicy, kiedy celnicy zażądają prześwietlenia toreb. Tych z bagażnika i tych ze środka. Wtedy nikt się nie wyprze własności trefnej sakwy (jeśli oczywiście takowa wystąpi). Póki co, pozostaje czekać na odjazd, jescze ponad godzinę. Na dammamskim dworcu czeka się jednak przyjemnie. Jest czysto, z głośnika co jakiś czas wybrzmiewają wezwania dla pasażerów kolejno odjeżdżających autobusów, powtarzane przez ciecia, który po każdym ogłoszeniu okrąża poczekalnię wykrzykując kierunek najbliższego wozu. Ustęp również nie pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście, próżno szukać muszli w naszym rozumieniu, występują tylko te „Małyszowe”, jedna kabina jest wyłączona z użytku, ale i tak w porównaniu z Rijadem to niebo i ziemia.

O niebo lepszy ten dworzec.

Pół godziny przed odjazdem autobusu zwoływani są pasażerowie do Manamy (stolicy Bahrajnu). Przyczyną jest konieczność sprawdzenia biletów, ale też posiadania dokumentu uprawniającego do przekraczania granicy, a także pozwolenia na wjazd do Królestwa Bahrajnu. Co prawda, pozwolenie takie można wykupić bezpośrednio na granicy, jednak wymagane jest, aby pasażerowie posiadały takowe wykupione za wczasu przez internet. Stojąc w kolejce można rzucić okiem na tablicę odjazdów, gdzie uwagę przykuwa PKS do Tabuku (miejsca budowy nowego miasta „Neom”). Czas przejazdu powyżej 22 godzin. Kiedyś się tak z Gdańska na wyspy jeździło, nawet dłużej. Tylko pojazd był czysty i wydogniejszy.

Kolejka do sprawdzenia papierów podróżnych.

Stanowiska odjazdowe w Dammamie też dobrze pomyślane. Na przeciw każdego stanowiska tabliczka z cyfrą oraz kierunkiem (wymienna). Jasno, przejrzyście, a bez nadmiernego nakładu środków.

Proste, tanie, a działa i pomaga!

PKS rusza z jedynie dziesięciominutowym opóźnieniem kierując się na Khobar, gdzie na przystanku pod noclegownią spod szyldu „Mercure” przystaje na dwadzieścia minut, po których nie odjeźdża. Okazuje się bowiem, że pasażerów jest więcej niż na spisie, kierowca z pomagierem przystępują więc do ponownego sprawdzenia biletów. Zagadnienie udaje się rozwiązać, bowien autobus rusza. Poniewczasie. Kierując się na most łączący Królestwo Dwóch Meczetów z sąsiednim królestwem położomym na wyspie. Celem podróży.

Przejaz przez most jest płatny, i pomimo, że tej płatności należy dokonać bezgotówkowo, tę muszą przyjąć pozamykane w klatkach biedne dziewczęta. Widok z mostu na morze działa kojąco. Z wysokiego autobusu można odnieść wrażenie, że płynie się łodzią. Z okien widać jedynie wodę a pojazd przyjemnie kołysze. Granica przebiega przez wyspę położoną mniej więcej w połowie drogi. Kierowca zbiera książeczki uprawniające do przekroczenia granicy, zanosi je arabskim pogranicznikom. Oddaje, szaban się podnosi i do bahrajńskich celników należy już udać się osobiście. Niestety, nie wbijają pieczątek. Ostatnim postojem na granicy jest wspomniane wcześniej prześwietlenie toreb. Jeszcze tylko zapakować się do autobusu, zatrzymać się po arabskiego pasażera, który biegnie za autobusem, bo kierowca nie zauważył jego nieobecności i wjeżdżamy na bahrajńską część mostu.

w brudnym PKSie jak na łodzi.
Placówka graniczna, a bandyty pieczątki nie dali.

Autobus przyjeżdża spóźniony o ok. 15 minut, po wpół-do-dwunastej przed południem. Niby niewiele, ale przy napiętym rozkładzie dnia (powrotny PKS o wpół do jedenastej wieczorem) liczy się każda minuta. Trzeba się więc szybko przemieścić na położony po sąsiedzku dworzec miejskich autobusów, zakupić w kasie (taka budka z okienkiem, przyponinająca tę, która była kiedyś na pętli w Oliwie) za denarów bahraińskich 1.20, z czego 0.5 stanowi koszt wydania blankietu z tworzywa, na którym kasjerka zapisała bilet całodzienny za denarów barhajńskich 0.7. Ciekawostka – jedna denar dzieli się na 1,000 (nie 100) ichnich groszy. Pracownik na dworcu pomaga znaleźć właściwy autobus, odjeżdżający w kierunku wspomnianego wcześniej Muzeum Narodowego.

Pętla w Manamie – nawet wody się można napić, jak który odważny.

Kilkunastuminutowy spacer z przystanku utrudnia nieco wszechobecna duchota na szczęście nieznane w Królestwie Dwóch Meczetów chodniki i przejścia dla pieszych pozwalają dotrzeć do celu bez większych kłopotów. Muzeum robi wrażenie od wejścia, uderza też swojskie podejście innych zwiedzających. Oto filipińska matka powiadamia swoje dzieci ile mają lat, aaby załapać jak najwięcej z nich na darmowy wstęp. Bilet do muzeum kosztuje jednego dinara. Za dodatkową opłatą dostępne są wycieczki łodzią, między innymi do pobliskiej warowni. Niestety, pierwszy rejs przewidziano na 13.30. Nie składa się to z napiętym rozkładem wycieczki. Trudno.

Brama Muzem Narodowego
Ogrody muzeum.

Kolejnego zaskoczenia można doświadczyć zaraz po wejściu. Oto pierwsza wystawa poświęcona jest Ojcu Świętemu – Franciszkowi, który odwiedził ten kraj pod koniec 2022 roku. Oprócz sprawozdania z odwiedzin Papieża podziwiać można jego tron, mównicę, a nawet fiacika, którym poruszał się po wyspie. Obok stoi samochód przyponinający ten, którym ówczesny król pojechał odwiedzić pierwsze złoża ropy, które to odmieniło dzieje wyspy. Do tego czasu mieszkańcy utrzymywali się głównie z połowu pereł – poświęcona temu wystawa znajduje się na piętrze, gdzie stoi nawet odwzorowany statek poławiaczy, choć nie w rzeczywistej wielkości. Zanim jednak przejdzie się na piętro, gdzie można się dowiedzieć o poławiaczach pereł, przespacerować po rynku, zwiedzający kierowani są do sali przedstawiającej Bahrajńskie zwyczaje. Można się dowiedzieć jak kiedyś wyglądały narodziny, szkoła koraniczna, zaślubiny, a także noc poślubna, że Arabowie od zawsze kupowali wodę, którą teraz rozprowadza się w baniakach z tworzywa w sklepach a kiedyś roznosili ją w skórzanych kubłakach. Pokazane jest też jak odpoczywali Bahrajńczycy, jak zbudowane były miejscowe zagrody, podstawy islamskiego życia i wiele innych ciekawych rzeczy.

Wystawa poświęcona Ojcu Świętemu.

W ostatnich dwóch salach, natomiast ukazane są dzieje wyspy przed nastaniem Islamu, kiedy wyspa znana była pod nazwą „Dilmun”, opisano wpływy greckie, rzymskie oraz zależność kraju od Mezopotamii. Wystawione są też rzeźby nagrobne, oczywiście naczynia i inne wykopaliska.

Wystawa przedstawiająca miejscowe zwyczaje.

Tego dnia również odbywała się 49. coroczna wystawa sztuki nowoczesnej. Jak przystało na szanującą się wystawę sztuki nowoczesnej obrazy i rzeźby wzbudały głównie śmiech wśród odwiedzających. Wystawione dzieła sztuki są oczywiście do nabycia za odpowiednią kwotę.

Sztuka nowoczesna.

Przystanek autobusowy przy meczecie Ras Ruman (najbliższy muzeum) umiejscowiony jest pośród mniej nowoczesnej zabudowy i chociaż nowoczesne budynki górują nad tamtejszym nieboskłonem, oczekując na swój pojazd można się trochę pokręcić po wąskich uliczkach i poczuć pierwotnego ducha tego miejsca.

Bahrain stary i nowy.

Kolejnym przystankiem była Katedra Matki Boskiej Arabskiej. Powstała ona wysiłkiem wszystkich wierzących zamieszkujących bliskowschodnie kraje, zarówno te, w których można wyznawać wiarę Chrześcijańską, jak i tych w których jest to niemożliwe. Przez kilka lat wpłacalim składki na jej budowę, nie dziwi więc oczekiwanie jej ujrzenia. Niestety świąteczny rozkład autobusów miejskich, szczególnie poza środkiem miasta, gdzie położona jest katedra, która znajduje się w nastrojowej, niezwykle zielonej dzielnicy Awali, jest bardzo rzadki. Zatem, aby sprostać rozkładowi przewidzianemy na ten dzień, odwiedziny w katedrze trzeba było niestety zakończyć po 10 minutach. Wystarczyło na różaniec, ofiarę i wpis do księgi gości. Swoją drogą, w katedrze, mimo braku nabożeństwa, było bardzo wielu odwiedzających. Głownie z państw azjatyckich. Powrót autobusem do miasta pokazał różne jego oblicza. Jak napisano, pod katedrą było zielono, potem przyrodę zastąpiły budynki przemysłowe na wyspie Sitra, następnie dość ubogie dzielnice mieszkaniowe wyspy Nabih Saleh, aby szerokim, czteropasowym, dwujezdniowym mostem wjechać do Manamy – czyli obszaru stołecznego.

Katedra pw. Matki Boskiej Arabskiej
Przyjemnie tam ludzie mają tak zielono mieszkać.
Nabrzeża dzielnic przemysłowych.
Te miejskie autobusy też takie dla ludzi.

Kościół Najświęszego Serca, kolejny cel wycieczki, ukryty jest za wysokim murem z wyróżniającymi się barwą i lściącymi nowością drewnianymi drzwiami. Po przejściu przez nie ukazuje się obejście – otwarte, ale przykryte płótnem. Znajduje się tam wejście do głównego kościoła, sklep z dewocjonaliami, kaplice, biura parafialne a także wystawa, z której można się dowiedzieć, że parafia istnieje w tym miejscu już od 1939 roku i zawsze pozostaje w dobrych stosunkach ze społecznością państwa. Zdjęcia ukazują biskupów i proboszczy z miłościwie panującymi królestwem. 29. Czerwca jak wiadomo to święto, ponadto czwartek, a na bliskim wschodzie to przedsionek do piątku, czyli Niedzieli. Wypada więc uczestniczyć we Mszy, tym bardziej, że tak ciężko jest to zrobić w Królestwie Dwóch Meczetów. Podczas Mszy kościół, wcale nie taki skromny, był nabity a wierni stali też na zewnątrz (kościoła, ale jednak w obejściu). Znakomitą większość uczestników stanowili Hindusi, znacząco mniejszą Filipińczycy, białych można było policzyć na palcach jednej ręki. Może przyjść przemyślenie na temat przyszłości Chrześcijaństwa i obszarów jego rozwoju. Przy czym wycieczka krajoznawcza nie jest od głębokich przemyśleń, a od przeżywania wrażeń.

Kościół pw. Najświętszego Serca.

A wrażenie niesamowite i kolejne zaskoczenie kryło się tuż za rogiem. Aby, bowiem, odwiedzić kolejny cel (niestety już ostatni) należało przejść pieszo do dworca autobusowego (miejskiego). Droga do niego wiodła ciemnymi, odludnymi opłotkami, które bez żadnego ostrzeżenia przerodziły się w lśniącą gazowymi lampami pakistańską dzielnicę handlową. Niezwykle tłoczną i gwarną, która zdaje się ożywać po zmroku. Coś podobnego do okolic dworca PKS w Dżudżdzie, ale jakoś bardziej.

Niby takie opłotki….
a za rogiem Pakistan.

Ostatnim celem natomiast była, położona w bardzo nowoczesnej dzielnicy (kolejne oblicze Bahrainu, przypominające bardziej nowe wybudowania Madrytu, niż bliski wschód), portugalska warownia. Zbudowana XVI w. , w czasie krótkiego portugalskiego przewodnictwa nad wyspą. Co prawda wystawa jej poświęcona, umiejscowiona w nowo wybudowanym budynku była już nieczynna (czynna jest jedynie do godz. 20.00, natomiast kawiarnia na przeciwko, czynna ciągle była) – przy czym otwarta była brukowana ścieżka okalająca samą warownię. Warownia była pięknie oświetlona i podświetlona, natomiast ścieżka – mocno uczęsczana – ciemna, że oko wykol. Tworzyło to niesamowity nastrój, potęgowany przez ciszę powodowaną odległością od miejskich zabudowań. Dzięki temu można było podziwiać budowlę przy dźwiękach szumu morza, koników polnych i porykującego w pobliskiej zagrodzie wielbłąda. Ponadto patrzeć na warownię na tle oddalonych świateł miasta. Coś niesamowitego.

Niesamowita ta warownia była. Wrażenie takie, znaczy.

Niestety, po obejściu pozostało jedynie udanie się na dworzec PKSu, oklepanie torby i powrót do Królestwa Dwóch Meczetów. A jeszce w PKSie trafił się ubzdryngolony do nieprzytomniśći obywatel rzeczonego królestwa wracający z wypoczynku u sąsiadów (to jakby ktoś myślał, że muzułmanie nie piją – piją, ale tam gdzie Allah nie widzi, albo kiedy nie patrzy).

Jadziem nazad lebiatka…

Ponieważ teraz już nie sposób kupić mapy, a internet w Bahrajnie dostępny jest jedynie w autobusach miejskich (bezpłatny, znaczy) to nieocenioną pomocą okazał się taki program do telefonu „Bahrain Map Offline” – czy coś takiego. On pokazuje ulice i bieżące umiejscowienie bez potrzeby łączenia się z czymkolwiek. Także w jakimś stopniu poratował bardzo podczas tej wycieczki.

Marhaba alaa Rijad. ŁoBożesztymój…

Dodaj komentarz